Zapiski najętego szypra

Share
A A A
2010
25.04 21:32
Przeczytane:
2009 razy
Komentarze:
1
Ocena:
3

Przeczytaj również



Tagi:


Zjawa, Kattegat, Kobenhavn, Indreleia, Norwegia,

Kiedy zadzwonili chłopcy z Nawigare, pomyślałem sobie – Co za okazja! Wielki jacht i wspaniała trasa! A za chwilę przestraszyłem się tych myśli, wiedziałem bowiem, że powinienem myśleć raczej tak: brak załogi, nie dostanę urlopu, stan jachtu fatalny, zimno, mgły i prądy... Było jednak za późno. Połknąłem haczyk. Ogarnął mnie trudny do opisania stan – świadomość, że chcę i potrafię to zrobić, że wiem, na co się porywam. Cóż, jeśli ktoś w sobie obudził demona morskiej włóczęgi to nie może skomleć. Musi schować głęboko swoje obawy i słabości. Tysiące kilometrów od domu, można co najwyżej bezgłośnie załkać gdzieś ukradkiem z przerażenia i samotności.

Daleka droga do Kobenhavn

Gorączkowe poszukiwania załogi, setki maili i telefonów, niedowład organizacyjny, armator „solidny inaczej”, brak łączności z jachtem – to wszystko już za nami. Prowadzę busa z pogrążoną we śnie załogą. Pusta autostrada pozwala rozwinąć sporą szybkość. Po prawej stronie niebo pojaśniało, znak, że za chwilę wzejdzie słońce. Za kilka godzin będziemy już na jachcie... Z zadumy wytrąca mnie głośne uderzenie w maskę. Odruchowo wciskam hamulec i zjeżdżam na pobocze. Wszyscy wyrwani ze snu wypytują, co się stało. Oglądam rozbitą osłonę chłodnicy, połamany zderzak i zaczynam się domyślać, co się stało. Idę pieszo w kierunku, z którego przyjechaliśmy. Muszę cofnąć się ponad sto metrów, żeby znaleźć sprawczynię całego zajścia. Wielkie brązowe oczy patrzą mnie z wyrzutem. - Widzisz sarenko, gdybyś tylko poczekała chwilkę...

Nie lubię postojów w wielkich portach. Są zbyt przytłaczające i hałaśliwe. A Kopenhaga, choć jest przepięknym miastem męczy mnie szczególnie. Wieczorem, jeden z przyszłych pogromców norweskich fiordów, zbyt długo zwiedzał bary przy Nyhavn, bo dziś jest nieco „wczorajszy”. Stara to prawda, że porty są do niczego. Statki w nich gniją, cumy się przecierają a żeglarze schodzą na psy. W dodatku ZJAWA nie mieści się w marinie i stoimy przy nabrzeżu promowym. Brak jakiegokolwiek zaplecza sanitarnego i 245 Dkr za dobę skłania do jak najszybszego wyjścia w morze. Po uzupełnieniu zapasów i wizycie w świetnie zaopatrzonym sklepie z mapami z przyjemnością proszę Bossa o uruchomienie maszyny. Pierwszy raz mam zawodowego bosmana i czuje się trochę nieswojo. Tym bardziej, ze nie przypadliśmy sobie do gustu. Cóż, człowiek tu mieszka, pracuje i ma płynąć przez pół świata, a ja wpadam ze swoją zgrają i od razu się rządzę. Skazani jesteśmy jednak na siebie i trzeba poczekać jak sytuacja się rozwinie.

http://www.zeglarze.net/img/zapiski/2.jpg
Zachód słońca w Kattegacie

Uwięzieni w szuwarach

Nie ma wiatru, idziemy na maszynie przez Kattegat gładki jak lodowisko. Rano Chief budzi mnie miłą wieścią, że jesteśmy już u wejścia do Limfiordu. Decyduje się na przejście przez te szuwary, bo prognozy zapowiadają dość silny zachodni wiatr, który w Skagerraku byłby dla nas sporym utrudnieniem. ZJAWA raczej nie pływa ostro do wiatru a na fali nawet na silniku nie uzyskamy zbyt dużej prędkości.

Limfiord jest doskonale oznakowany i przechodzą nim całkiem spore statki. Do pokonania mamy ok. 80 mil i 5 mostów, z czego 4 zwodzone.

http://www.zeglarze.net/img/zapiski/3.jpg
... 80 mil i 5 mostów, z czego 4 zwodzone

Mijamy sprawnie Aalborg - główny port w Limfiordzie. Kiedy liczę mile i godziny, kalkulując, czy uda nam się zrobić kanał przed zmierzchem, silnik gasnie. Rzucamy kotwicę. Boss znika w hadesie próbując obudzić maszynę. Stoimy na skraju farwateru, kotwa słabo trzyma w mule a wiatr spycha nas na płyciznę. Duński kuter rybacki odciąga nas na głębszą wodę.

Boss stwierdził, że padła pompa wtryskowa. W warunkach jachtowych jest to ostatnia rzecz, jaką możemy naprawić. Na szczęście mamy drugą na zapas. Silnik ZJAWY to nie byle co ale ważący ponad tonę zespół napędowy „Delfin” o mocy 165 kM. Oglądam zdemontowaną pompę. Sama waży ze dwadzieścia kilo. Kiedy ją przekręcam, wylewa się z niej nieco oleju. Ma dziwnie ciemny, nawet rdzawy kolor. Nie wiadomo, kiedy był wymieniany. Do tego zasiarczone, ciężkie paliwo tankowane do brudnych zbiorników paliwa to dla precyzyjnych elementów pompy zabójcza mieszanka. W tych warunkach awaria była tylko kwestią czasu... Zapasowa pompa jest już na swoim miejscu. Próbujemy ożywić maszynę. Niestety akumulatory ledwo zipią, rozrusznik gorący a „Delfin” milczy. Podejrzewam, że zapasowa pompa jest również do niczego. Za długo jeździła gdzieś w wilgotnym wnętrzu aż w końcu poddała się korozji.

Nie możemy dłużej tak stać na środku toru wodnego, zwłaszcza w nocy. Nie ma rady, kiedyś nie było silników a ludzi żeglowali. Wyrywamy kotwę i na żaglach wracamy w kierunku Aaborga. Na szczęście mamy baksztag i jakoś udaje nam się utrzymać w torze. Choć przy każdej ciasnej bramce lub podczas mijania się ze statkiem zasycha mi w gardle... Około 3 mile przed miastem jest zakole, którego nie przejdziemy. ZJAWA ma zbyt duży kąt martwy i boczny dryf. Wyjeżdżamy z toru na rozlewisko o głębokości około 4 m i kotwiczymy. Tu spędzamy noc. Rano wiatr szczęśliwie odkręca i możemy kontynuować naszą „Odyseję”.

Tuż przed miastem widzę płynące w naszą stronę dwa rybackie kutry. Schodzimy na prawą stronę toru, ale jeden z nich koniecznie chce nam przejść wzdłuż prawej burty. Nie możemy odbić dalej w prawo, bo kilka metrów obok kaczki chodzą już na piechotę po wodzie. Pewnie miejscowy rybak wie, co robi. Wracamy na środek toru, choć na myśl o przechodzeniu między kutrami zapala mi się ostrzegawcze światełko.
- Wiesz, co... Oni trałują – mówi Boss.
- Niemożliwe. Nie trałuje się na torze – odpowiadam.
- Widzę linę pomiędzy nimi...
Teraz i ja już widzę i ręce mi opadają. Walimy baksztagiem prosto w tukę i nic nie możemy zrobić. Jedyna nadzieja, że włok jest denny i przejdziemy nad nim. Kutry już nas mijają. Rybak widząc nasze niezbyt tęgie miny uspokajająco macha ręką – Jest OK! Chyba śnię... Niech mnie ktoś obudzi! Pływam rzeką, która zmienia kierunek w rytm pływów. Sześdziesięciotonowym motosailerem, na żaglach pakuję się pomiędzy parę trałującą a on mi macha, że OK!

http://www.zeglarze.net/img/zapiski/4.jpg
... a on mi macha, że OK.!

- I tak mi nikt w to nie uwierzy – myślę sobie patrząc jak mija nas pomarańczowy pływak oznaczający koniec włoka. A jednak przeszedł... I znów załoga obstawia stanowiska, spada fok i grot, chief robi ciasny zwrot na wiatr wspomagany bezanem, boss wali łomem w zapadkę windy i już łańcuch grzechocze w kluzie. Pierwszy włącza „anchor alarm”, ponton spada na wodę i nieszczęsne pompy płyną na ląd. Diagnoza mechanika z „Ketner Diesel Servis” jest bezlitosna: obie są zupełnie do niczego, korozja zniszczyła precyzyjne zespoły tłoczące. Co gorsza to są raczej zabytkowe pompy i nie ma do nich części zamiennych. Trzeba będzie je sprowadzić z kraju.
...
Postój na kotwicy nie jest ani wygodny ani bezpieczny. Z konieczności stoimy bardzo blisko brzegu, aby nie blokować toru wodnego. Dwa razy dziennie prąd zmienia kierunek a wzmagający się wiatr usiłuje nas zepchnąć pod most kolejowy. Wywozimy z rufy osiemdziesięciokilową admirałkę dla stabilizacji, co okazuje się bardzo trafnym posunięciem, bo nad ranem silny wiatr wespół z prądem zrywa dziobowego danfortha i wlecze nas na ląd.

http://www.zeglarze.net/img/zapiski/5.jpg
... z rufy osiemdziesięciokilową admirałkę

Nastroje wśród załogi coraz gorsze. Kończy się woda słodka i musimy ją dowozić z brzegu w bańkach. Nie mam ochoty wzywać holownika i stać w porcie, ze względu na wysokie koszty, ale jeśli wiatr będzie silniejszy nawet dwie kotwy nie utrzymają nas w miękkim mule. Zwłaszcza dziobowy danforth nie daje mi pokoju. 60 kg ankra to po prostu za mało na tak ciężki jacht. Setka nie byłaby wcale przesadą. Ktoś zaoszczędził tam, gdzie nie powinien.

http://www.zeglarze.net/img/zapiski/6.jpg
Nastroje wśród załogi coraz gorsze...

„Dzisiaj są moje urodziny, które obchodzę bez rodziny”. Ogarnął mnie jakiś marazm. Nie mam sił dłużej znosić fochów bosmana. Cała załoga podzieliła się i nie widzi sensu dalszej współpracy. Jeden chce wracać do domu i inny żłopie piwsko i narzeka bez sensu. Każdy drobiazg wywołuje, co najmniej ostre dyskusje. Jedynie niezawodny Grześ zachowuje pogodę ducha. Co ja bym bez niego zrobił... A gdyby nie czułe SMSy od Kasi, zupełnie był się poddał. - Co cię nie zabije to cię wzmocni! – przelatują mi przez głowę słowa filozofa, którego bardzo nie lubię. Ale może miał rację? Ciężko być szyprem uwięzionego w szuwarach jachtu...
...
Niespodziewanie lepsze wieści! Nowa pompa wtryskowa jedzie z Polski a sympatyczny Duńczyk Peter Hansen, szyper pięknego gaflowego kutra „Ursa”, ofiarowuje się przeholować nas do miejskiego portu, gdzie możemy stać za darmo. Wieczorem „Ursa” cumuje do naszej burty. Rwiemy kotwy i ruszamy. Jacht Petera jest sporo mniejszy od naszego. Na wejściu do portu walczy z bocznym prądem i omal nie ocieramy się o boję torową. Duńczyk zna swój fach, ale trudno mu manewrować z takim wielorybem przy burcie. Boss pontonem musi nadrzucać dziób i wywozić cumy na ląd. Nareszcie stoimy bezpiecznie!

http://www.zeglarze.net/img/zapiski/7.jpg
Dzięki Peter...

Rano mała atrakcja. Do portu zjeżdżają się przebierańcy na tradycyjną paradę – Aalborg Karneval. Na kutry i jachty wsiadają diabły, aniołki, Indianie, Wikingowie, Murzyni, skąpo odziane tancerki i cały konwój, wśród głosu bębnów i trąb rusza do centrum miasta. Północne zimne morze Słona woda pozostawia biały osad na pokładzie. Porządnie jest słona, taka jak w beczce ze śledziami a nie słonawa i mdła w smaku jak na Bałtyku. Nigdzie lądu dookoła. Sprawdzam na mapie pozycję i z satysfakcją stwierdzam, że nie mamy szans ujrzeć żadnego lądu. Długa, łagodna fala kołysze nas miarowo a żagle dumnie wypinają piersi ciągnąc za szoty napięte jak postronki. Ostry baksztag! Marzenie każdego żeglarza! Ogarnął nas jakiś amok, każdy rwie się do roboty a niegolone gęby cieszą się od ucha do ucha. Napawam się widokiem pięciu postawionych żagli. Ponad 200 m2! Oczy się dziwnie pocą, gdy na nie patrzę i wciąż nie mogę uwierzyć jak to się stało. Z kraju przyjechała nie tylko pompa, ale także mechanik, który ją zainstalował i wyregulował cały silnik. Przyjechał też nowy bosman i wreszcie zaczęliśmy doprowadzać jacht do porządku. Wbrew moim obawom, nikt już nie myślał o powrocie do domu. Gładko przeszliśmy Limfiord. Atrakcją był stały most w Nykobing o wysokości 26 m. Grotmaszt ZJAWY wznosi się 25 metrów ponad lustro wody. Musieliśmy zrobić przechył na prawą burtę, bo zapomniałem, że antena ukaefki wystaje jeszcze wyżej... Oczywiście żartuje... Ale wydawało się, że porysujemy ten most.

http://www.zeglarze.net/img/zapiski/8.jpg
...porysujemy ten mos

Nagle do kabiny nawigacyjnej wlatuje jaskółka. Zapędziła się zbyt daleko w morze. Jest zmęczona i szuka u nas schronienia. Chcemy ją napoić i nakarmić, ale to się nie udaje. Ptak lata wewnątrz jachtu, aż w końcu znajduje sobie zaciszny kącik w dziobowej kabinie. Chłopcy, którzy tam śpią są bardzo dumni i już zastanawiają się, z czego jej zrobić gniazdo. Nocą wiatr niestety słabnie. Nie mamy czasu, żeby kołysać się na wodzie. Norwegia czeka! Nastawiamy patefon na 1100 obrotów i dokręcamy prędkość do 6 knotów. Prognozy są nadzwyczaj korzystne: zasysa nas wielki niż znad Islandii, który obiecuje piękną baksztagową jazdę w górę mapy. Musimy tylko zbliżyć się jak najszybciej do niego, aby poczuć jego potężną moc. Rankiem odbieramy nawet „Gale warning” dla okolic Alesundu. Szybciej na górę! Musimy załapać się na ten ekspres.

http://www.zeglarze.net/img/zapiski/9.jpg
... z czego jej zrobić gniazdo?

Rankiem, w tężejącym już wietrze, ćwiczymy zmiany żagli i zwroty przez rufę. Musimy być gotowi, żeby Neptun nie krzyknął „Ech, partacze! Nakarmię wami rybki, nikt po was nie zapłacze!”. Duży jacht wymaga silnych ramion i głowy na karku. Każda czynność wymaga współpracy kilku osób i dokładnego przemyślenia każdej czynności. Z dnia na dzień odrabiamy zaległości z Alborga, usuwamy muł i glony z naszych myśli i zaczynamy tworzyć załogę. Trochę jednak ściska mnie w gardle, gdy widzę dłonie „moich” ludzi zbyt blisko wielkiego kabestanu czy bloku. Szczęśliwie wszystko idzie sprawnie i bez kontuzji a ciężka praca zostaje nagrodzona widokiem wysokich, skalistych brzegów – Norwegia! I tylko jedno nas smuci – nasza pasażerka na gapę już tego nie zobaczy. Nie przetrwała nocy. Żegnaj mała podróżniczko, zmogło cię wielkie morze...

Indreleia

Mijamy Utshirę – tajemniczą wyspę, od której otrzymał nazwę cały rejon Północnego Morza. Pod wieczór wchodzimy między skały nieco powyżej Stavanger. Aż do Sognefjorden będziemy płynąć doskonale oznakowaną światłami sektorowymi drogą wewnętrzną (norw.: Indreleia) osłonięci przed coraz wyższą falą. Spory ruch wzdłuż i w poprzek, łatwiej tu podróżować promem niż samochodem objeżdżać wokół. O drugiej w nocy jestem już nieźle zmęczony szesciogodzinną wachtą, ślęczeniem nad mapą i wypatrywaniem statków. Z ulgą zmieniam się z Grzesiem. Czekają go niezłe zwężki i labirynty aż do Bergen.

http://www.zeglarze.net/img/zapiski/10.jpg
Rano leje.

Rano leje. Tak jak powinno, bo według statystyk pada tu przez trzysta dni w roku. Smagani po plecach strugami deszczu, wpływamy w szerszą aleję popędzani silnym wiatrem. Brak osłony skał pozwala w pełni odczuć jego siłę. Zmieniamy grota na małego, foka na kliwra, zrzucamy bezan utrudniający sterowanie a prędkość wciąć rośnie. Kiedy przekraczamy siedem węzłów, wiatr również przekracza siódmy stopień. We trzech nie damy już rady zrobić zwrotu. O zrzuceniu grota nawet nie ma mowy. Zaspani ludzie wychodzą trochę zdziwieni. Bezradnie patrzą na szarpane wichrem ciężkie płótniska. Słowa. Krótkie, męskie, warczące, wykrzykiwane na przekór wichurze pozwalają mi uwierzyć w nasze siły a im przywracają zdolność działania.

http://www.zeglarze.net/img/zapiski/11.jpg
...wykrzykiwane na przekór wichurze...

Ponoć we flocie Jego Królewskiej Mości nie mógł zostać oficerem człowiek, który nie potrafił kląć przez pięć minut bez przerwy bez powtarzania się. Teraz wiem już dlaczego... Dwuręczne korby idą w ruch. Ciężki grot hukiem oznajmia zmianę halsu. Cały kadłub zadrżał, szoty jęknęły, ale wytrzymały i teraz można je już luzować. W samą porę, skały szczerzą żeby. Mam już dość tego buszowania w zbożu. Przy pierwszej okazji opuszczamy indreleię. Na pełnym morzu jest znacznie bezpieczniej.

Na ryby!

Zbliżamy się do jednego z najpiękniejszych rejonów Norwegii. Od Rovdefjorden do Alesundu ciągną się ośnieżone góry, których szczyty osiągają 1400 m npm. W tej pięknej scenerii stajemy na kotwicy, żeby trochę odpocząć i złowić jakąś rybę na obiad. Ryby w Norwegii biorą na przysłowiowego gwoździa a straż graniczna nie ma nic przeciwko łowieniu na własne potrzeby.

http://www.zeglarze.net/img/zapiski/12.jpg
...ciągną się ośnieżone góry.

Już pierwsze zamoczenie wielkiej, jak na moje jeziorowe doświadczenie, blachy jest skuteczne. Czuje silne szarpnięcie, zwijam żyłke i... trach! Pęka wędka. Kilkukilowy dorsz walczy o życie i niełatwo wyciągnąć go z głębiny. Naszym łupem padają jeszcze dwa takie potwory o wielkich paszczach i kilka pięknych makreli. To już nie obiad, ale wielkie obżarstwo!

Wieczorem ruszamy dalej i nocą mijamy słynną ścianę Trolli. Trochę szkoda ale nie sposób zobaczyć wszystkiego w jednym krótkim rejsie. Rano... W zasadzie słowa wieczór, noc czy ranek nie mają tu sensu. Zaczęły się białe noce. Słońce zachodzi o północy, by już o drugiej w nocy wzejść a widno jest właściwie wciąż.

http://www.zeglarze.net/img/zapiski/13.jpg
... niełatwo wyciągnąć go z głębiny

W każdym razie około 1100 cumujemy w Kristiansund. To nasza pierwsza keja od Alborga. Za kilka godzin postoju w centrum miasta, na wprost ratusza, nie pobiera się opłaty. Załoga rozbiega się po mieście, w celu wydania koron na rzeczy błahe i zbędne. Marynarze całego świata mają to chyba we krwi a wiedzą o tym właściciele sklepików na bulwarze oferując pamiątki po dość wygórowanych cenach.
...
Znów otwarte morze. O 0200 jak zwykle kładę się spać zmieniany przez chiefa. Długo jednak nie śpię, bo budzi mnie wzmożone kołysanie, brzęk tłuczonych kubków i przewalających się garów w kambuzie. Demony budzą się w szafkach, poczuły zew oceanu – niezawodny znak, że wyszliśmy już poza osłonę skał. Słyszę jak chłopaki klną klarując kambuz i mesę. Nie chce mi się jednak wstawać. Grześ da sobie radę a gdyby coś szło nie tak, na pewno by mnie budził.

O 0800 zastaję totalny bałagan we wnętrzu, strzępy gieni żałośnie przykrawatowane do kosza, nieco „rozhermetyzowaną” załogę i opowieści o wielkich atlantyckich falach. Fala istotnie piękna. Wysoka na kilka metrów, ale tak długa, że nie wchodzi na pokład. Gieni mi nie szkoda. Była tak leciwa, że podjęła jedynie słuszną decyzje. Brak jednego człowieka na pokładzie, którego kołysanie zwaliło z nóg i dogorywa w koi. Skąd ja to znam? Ale wiem tez z autopsji, że od choroby morskiej się nie umiera. Chyba się nie umiera...

Nie mam czasu się rozczulać, bo znów wpływamy między skały w słabo osłaniającą indreleię. Po obu burtach potężne martwe fale, pozostałości po islandzkim sztormie, zmagają się ze skałami. Co chwilę rozkwitają białe pióropusze wysokie na ładnych parę metrów. Niezwykłe widowisko i wielkie niebezpieczeństwo w przypadku błędu w nawigacji lub jakiejś awarii. A wciąż borykamy się z drobnymi awariami. Tamujemy wycieki oleju i wody chłodzącej z silnika, naprawiamy windę kotwiczną, z przepaścistych zęz wyjmujemy skorupy, plastikowe butelki, kawałki drewna. Wszystkich pobił jednak Boss wyjmując z zęzy szalik i koszulkę. Niewątpliwie zeszłoroczną oceniając po zapachu...

http://www.zeglarze.net/img/zapiski/14.jpg
...pozostałości po islandzkim sztormie

Dziś skończyła się woda. W instalacji musi być przeciek. Niemożliwe, żebyśmy zużyli 3 tony wody w 10 dni. Zbiorniki wody i paliwa nie były czyszczone od lat, aż strach pomyśleć, jakie trolle i ogry w nich mieszkają.

Białe noce.

Wreszcie piękna pogoda. Jesteśmy już w masie czystego arktycznego powietrza. Wszystkim dopisują humory. Zgodnie z moimi przewidywaniami, Prezes Fermy Drobiu Ozdobnego jednaj przeżył i nawet zaczął jeść. Stajemy na kotwicy pomiędzy skalistymi wysepkami. - Kornaty północy! – myślę sobie i gdyby nie dwa polary, które mam na sobie można by pomyśleć, że to Chorwacja. A może właśnie tak wygląda zimą? Trzeba kiedyś sprawdzić.

http://www.zeglarze.net/img/zapiski/15.jpg
Kornaty Północy...

Rutynowo już wyciągamy kilkanaście wielkich dorszy a wielka sjesta przeciąga się do północy. Obserwujemy u siebie wzmożoną aktywność. Łowimy ryby, pływamy pontonem, snujemy opowieści. Jednocześnie jesteśmy strasznie zmęczeni i czekamy na nadejście nocy jako sygnał do odpoczynku. Ale noc nie nadchodzi. Słońce bez sensu krąży nisko wokół horyzontu jak na karuzeli. Od niechcenia chowając się na chwilę, ale od tego nie robi się wcale ciemno. Ot, jakby się schowało tylko za chmury. O 0300 mam dość, zakrywam skylajty i w sztucznie zaciemnionej kabinie kładę się na koję z rozsądku.

http://www.zeglarze.net/img/zapiski/16.jpg
...wyciągamy kilkanaście wielkich dorszy

Po kilku godzinach rwiemy żelazko i lawirujemy wśród szkierów. Na maszynie niestety, bo pomyślny dotychczas wiatr całkowicie się odwrócił. Cumujemy pod wieczór w przepięknym miejscu – maleńkim porciku Vingsand. Przybycie ZJAWY przed sezonem wywołuje małe poruszenie w sennej osadzie.

Norwegowie przychodzą na keję grupkami, oglądają egzotyczna banderę, niekiedy pytają skąd i dokąd. Słysząc Poland, Iceland, Greenland szerzej otwierają oczy. Miło nam się robi, kiedy dowiadujmy się, że keję, słodką wodę i toalety mamy gratis. Tylko nie wiem, czemu ktoś przykleił nad umywalką w miejscu lustra, list gończy za jakimś brodatym zbójem o plugawej fizjonomii. Tylko nagrody jakoś nie podali. Szkoda, bo wydaje mi się, że go kiedyś już widziałem...

Załoga rozłazi się po wzgórzach a ja znów czekam na noc, której nie będzie i na kolacje, którą już zjadłem. W końcu z Chefem i z Bossem jemy następną kolację. A może śniadanie? Wszystko jedno. Pokrzepieni zabieramy się za czyszczenie rozchodowego zbiornika paliwa. Spuszczamy z niego ropę i odkręcamy pokrywę. Smród ropy powoli wypełnia maszynownię a potem całe wnętrze jachtu i sączy się nam do głów. Pracujemy jak automaty zupełnie odurzeni. Z dna zbiornika Boss wybiera pół wiadra rdzawego szlamu. To cud, że ten silnik jeszcze chodził...

Jednocześnie zauważamy poważny wyciek oleju z agregatu 220V. Wymieniamy w nim olej, dokręcamy głowicę i pokrywę zaworów, ale nie udaje nam się opanować wycieku. Sączy się jakby wszystkie uszczelki były stare. Poważna sprawa. Bez zapasowych uszczelek i dokumentacji nic nie zdziałamy. Na razie chodzi, ale co kilka godzin pracy będzie trzeba dolewać oleju. Po krótkiej drzemce idziemy się przewietrzyć na najwyższą górę w okolicy. Plan portu tu niepotrzebny – wystarczy zdjęcie.

http://www.zeglarze.net/img/zapiski/17.jpg
... wystarczy zdjęcie

I znów zapamiętale łowimy ryby na kotwicowisku. Zupełnie rozregulowaliśmy sobie zegarki biologiczne. W ciągu ostatnich 48 godzin spałem zaledwie 3. Próbuję spać od 0300 do 0600 i jeszcze z godzinkę po obiedzie jak się da. Inni łapią krótkie drzemki o najprzeróżniejszych, zupełnie przypadkowych godzinach. Dobrze, że ten rejs się już kończy, bo zupełnie byśmy się wykończyli. Następnym razem trzeba będzie narzucić sobie jakiś reżim... Kiedy udaje mi się w końcu zasnąć o 0330 włącza się alarm kotwiczny. Zerwał się wiatr, kotwa się wlecze a brzeg niebezpiecznie blisko. Odpalamy maszynę. Nerwowo odliczam metry dzielące nas od skał i minuty pozostałe do nagrzania silnika. Dlaczego strzałka temperatury oleju pełźnie do góry tak przeraźliwie wolno? W końcu, gdy wszystko gotowe i można wybierać ankier, zawodzi winda kotwiczna. W wodzie mamy 120 metrów łańcucha. Nie licząc kotwy ponad pół tony...

Nie ma rady. Dziewięciu ludzi ustawia się w rzędzie na pokładzie a chief pomaga silnikiem. Jak za czasów jachtów z drewna i ludzi z żelaza krew pulsuje w skroniach, pot zalewa oczy, ręce omdlewają. Okrzyki, przekleństwa, na przemian z krótkimi odpoczynkami. Całe wieki to chyba trwało, ale łańcuch w końcu wije się na pokładzie a kotwa siedzi w kluzie. W końcu ZJAWA jest z drewna... Tylko my rozpuszczeni przez cywilizację chodzimy po tym doświadczeniu jacyś przygarbieni a w dłoniach trudno utrzymać widelec.

Ostatni przypływ

To już nasz ostatni dzień. Klarujemy jacht, naprawiamy nieszczęsna windę a wieczorem urządzamy ognisko, korzystając z niskiej wody, która odsłoniła kamienistą plażę. Łapię się na tym, że podczas białych nocy zaczynam funkcjonować w rytmie pływów. Nie są one w tym rejonie zbyt wielkie - około 2 metrów, ale wyczuwa się oddech oceanu i mimo woli dostosowuje do niego. Zupełnie jakbyśmy byli na Mazurach. Śpiew ptaków w gęstym lesie za plecami. Zjawa stoi na kotwicy w zacisznej zatoczce. Uśpiona, wysprzątana i bezpieczna. Chociaż, jak ktoś złośliwie zauważa, nawet przy ogniu usadowiłem się tak, żeby nie spuszczać jej z oka.

http://www.zeglarze.net/img/zapiski/18.jpg
...w zacisznej zatoczce

Ryby pieczone na ognisku „w tak pięknych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnych” smakują wyjątkowo. Padają ciepłe słowa, na które podczas codziennej pracy nie było czasu, i które dziesięciu facetom nie są zwykle potrzebne. Za to dziś brzmią bardzo prawdziwie. Grześ – nasz filozof – zwraca uwagę na moc słowa. W małej grupie ludzi skazanych na siebie w ciasnej przestrzeni jachtu, słowo ma moc szczególną. Może wzmocnić nasze możliwości na zasadzie synergii lub powodować napięcia i podziały, jeśli jest nieumiejętnie użyte. W niektórych sytuacjach lepiej milczeć, w innych trzeba nawet krzyczeć i kląć, żeby sprawy szły właściwym torem. Umiejętność odróżnienia jednych od drugich nie przychodzi od razu. W czasie tych kilkunastu dni, dążąc do celu, udało nam się pokonać wiele przeciwności, ale przede wszystkim udało nam się stworzyć zgrany zespół – ZAŁOGĘ, bez której każdy, nawet najpiękniejszy jacht jest martwy. Dziękuję Wam chłopaki!

Kiedy wszystko już zostało powiedziane i staramy się na zawsze zachować te chwile w pamięci, w milczeniu wpatrując się w ogień, przypływ powoli skrada się do ognia. Żar syczy, płomyki gasną. Chciałbym krzyknąć - Stój! Ale wiem, że morze jest niezwykle konsekwentne i w ten sposób symbolicznie kończy nasz rejs pochłaniając ostatnią iskierkę.

19.06.2003


Skrócona wersja artykułu ukazała się w magazynie Żagle (11/2003).


DPŻ
Dodaj artykuł do:
alt

Komentarze: 1


Co tu dużo kryć: kawał dobrej literatury żeglarskiej :-)

Rafał Natzke-Kruszyński, 03/05/10 11:23


Kategorie artykułów

Najczęściej czytane

Inne tematy

Kula XI Targi Żeglarstwa i Sportów Wodnych BOATSHOW SSRS Wielkopolski Karnawał Żeglarski „Keja” ICC stocznia Las Palmas zespół Sztynort holowanie s/y Zawisza Czarny I Nieporęt Manneken-Pis Libava Bray Cup problemy jabłka Zalew Szczeciński Expo Silesia Młodzieży
Copyright © 2008-2011 Żeglarze.net
O serwisie Regulamin Polityka prywatności Bannery Kontakt