Z pamiętnika najętego szypra #3
SharePrzeczytaj również
- Zapiski najętego szypra
- Na turkusowych wodach absurdu
- Z pamiętnika najętego szypra
- POCZĄTEK KOŃCA REJSU „ZENITEM”
- REJS KANAŁEM OD MORZA ŚRÓDZIEMNEGO DO ZATOKI BISKAJSKIEJ
Tagi:
Bałtyk rejs,
Stara latarnia co wciąż mi się śni
Latarnię morską Utklippan zna większość żeglarzy bałtyckich. Wielu wypatruje jej co roku, gdy podążają trasą promów w rejsach Gdynia – Karlskrona. Podejrzewam, że polski turysta nie miałby problemu z dostaniem się z Karlskrony do domu jachtem, gdyby zabrakło mu pieniędzy na prom. Tak często pływają. Tylko czy rodacy wyciągnęliby przyjazną dłoń? Mam nadzieję...
Niewielu jednak przepływających obok tego morskiego drogowskazu wie, że na maleńkiej skale znajduje się także dogodny port schronienia. Dogodny, o ile nie damy się zaskoczyć i wejdziemy przed nadejściem złej pogody. Od Petera z Kapitana Haski pożyczyłem dokładne mapy i plan podejściowy na Utklippan. W naszej literaturze brak jeszcze materiałów o tej wysepce. Wielki Mierniczy Bałtyku – niezrównany Jurek Kuliński robi co może orząc morze wzdłuż i w poprzek, lecz jeszcze nie zawitał w te strony.
– To musi być bardzo romantyczny zakątek – myślałem oglądając plan porciku w cieśninie pomiędzy dwoma skałami wystającymi z wody zaledwie na kilka metrów. Oba wejścia są wąskie a wysepki otoczone zewsząd podwodnymi skałami. Trzeba skrupulatnie trzymać się torów podejściowych wykreślonych na mapie, co nie jest takie zupełnie trywialne, gdyż nie są one oznakowane bojami. Mrówki chodzą po karku? Tak, to coś dla mnie...
Płynąc w kierunku wysepki moich marzeń zauważyłem, że powoli z młodych ludzi, którzy weszli na pokład Aldisa we Flensburgu zaczyna powstawać załoga. Jeden z koniecznych elementów do przeżycia żeglarskiej przygody na morzu. Pierwszymi elementami są oczywiście jacht i woda. Gdy załoga pozna jacht, zaakceptuje go i polubi, nadchodzi czas poznania samych siebie. Własne i cudze role powoli zostają zaakceptowane. Każdy zaczyna wykonywać swą robotę bez oglądania się na innych bo... po prostu trzeba to zrobić. Kiedy żeglarzom nie daje spokoju świadomość, że coś jest nie tak jak być powinno wchodzimy na wyższy poziom żeglarskiej sztuki niż tylko przejażdżka łódką po morzu.
Gdy świadomość ta popycha żeglarzy do działania nie liczącego się z miłością własną i wygodą powstaje załoga. A czwarty element? To oczywiście wiatr! A wiatr wiał wspaniale. Silny na tyle by nadać Aldisowi prędkość sześciu węzłów, lecz jednocześnie łagodny, żeby nie umęczyć zbytnio załogi. Załogi, która właśnie tworzyła się i krzepła w chwilach, gdy ktoś powiedział, że umyje „ten nieszczęsny kingston”, a ktoś inny bardzo umęczony kołysaniem, uśmiechnął się blado z wdzięcznością. Bo ten ktoś już na samą myśl o wejściu do ciasnego pomieszczenia odczuwał poważny niepokój poniżej mostka.
Pod Utklippan znaleźliśmy się na tyle wcześnie, że można było kolejny raz poćwiczyć manewry. Tym razem nie był to łatwy kawałek chleba. Fala była całkiem spora, ręce mdlały od wybierania szotów i nawet zwroty nie wychodziły całkiem poprawnie. Nie mówiąc już o „człowieku za burtą” symulowanym za pomocą kapoka obciążonego wiadrem, który albo wołał rozpaczliwie do patrzących bezradnie z pokładu kilka metrów po nawietrznej albo znikał pod pędzącym na niego ostrym dziobem jachtu.
– To nie jest tylko kapok z wiadrem – powiedziałem w końcu – to jest wasz przyjaciel, to może być każdy z nas i musicie mu pomóc za wszelką cenę!
– To chodź i pomóż nam! – zakrzyknął Pan Pierwszy.
– A jeśli to ja wypadnę za burtę? – odparłem.
– I bardzo dobrze! Już nikt by nas wtedy tak nie męczył! – wybuchnęła Mysza i chyba sama się zdziwiła swym słowom.
Ceną tej zabawy przy szkwalistej szóstce, były pokaleczone tu i ówdzie dłonie i popruty kliwer, ale kapok-przyjaciel, jak go potem nazwano, powrócił szczęśliwie na pokład.
Idąc pod fale ostrym bajdewindem w kierunku toru podejściowego do Utklippan, można było właściwie ocenić ich niszczycielską moc. Jacht już nie wspinał się na nie, gdyż były zbyt krótkie i za strome. Dziób wbijał się w wierzchołek fali a wtedy Aldis stawał w miejscu jakby uderzał w mur. Krzyś, rządny wrażeń, ubrał się w swój ukochany, super nieprzemakalny sztormiak, kalosze i szelki, wyczekał moment pomiędzy falami, i usiadł na samym dziobie przypinając się kosza. Po kilku falach, ponad które Krzyś unosił się wraz z dziobem krzycząc z rozkoszy, gdy woda zalewała mu buty, cała załoga chciała zażyć takiej jazdy bogów.
Entuzjazm nieco opadł, gdy urzeliśmy przed dziobem falę znacznie wyższą niż poprzednie. Zmierzała nieuchronnie na nas, prezentując niczego sobie ładną białą grzywkę. Krzyś już nie krzyczał z radości, a z jego milczenia można było wnioskować o wielkości jego oczu, które były zapewne wielkości spodków, jeśli nie talerzy i wpatrywały się niepewnie w krzysiową przyszłość. Aldis leniwie począł wspinać się na zbocze fali, z entuzjazmem kogoś, kto wie że i tak się nie uda. Po chwili dziób wrył się w falę tuż pod spienioną grzywkę. Pokład aż do masztu pokrył się półmetrową warstwą piany i wody, która omijając nadbudówkę popłynęła strumieniami aż do rufy, skrapiając oniemiałą załogę. Krzyś wracając z królestwa Neptuna pluł i parskał, a i minę miał dość wodnistą, ale byłem skłonny się założyć, że nie oddałby tych wrażeń za żadne skarby świata. Były jego. Bezcenne.
Zbliżaliśmy się już jednak do wschodniego wejścia na Utklippan i nie czas było rozmyślać nad skutecznością super nieprzemakalnego sztormiaka pod super bryzgiem wody, ale zająć się bezpiecznym wprowadzeniem jachtu do portu. Szliśmy po łejpońtach według dzipsika co oznaczało, że znamy swą pozycję z tolerancją do kilkudziesięciu metrów i miałem nadzieję, że taką szerokość ma tor podejściowy. Po osłoną wyspy fale znacznie się uspokoiły, lecz wciąż po obu stronach jachtu widać było kipiel, kiedy załamywały się nad podwodnymi skałami. W końcu zobaczyliśmy wejście. Wydawało się tak ciasne, że zawadzimy o betonowe główki. Na szczęście w miarę zbliżania się otwór robił się coraz szerszy – tak mi się w każdym razie wydawało.
Wejście w główki to nie wszystko, trzeba było jeszcze przejść wąski, najeżony podwodnymi głazami kanał, by znaleźć się w malutkim, przytulnym basenie. Stało w nim już kilka jachtów. Jacyś Niemcy urządzali sobie grilla na skałach, lecz poza tym zewsząd emanował spokój i surowe piękno nagich wygładzonych przez lodowiec skał. W żółtej budce urzędował gubernator wysp, kapitan portu, sprzedawca ryb i pocztówek oraz dyrektor latarni morskiej w jednej osobie. Osobą ową był siwiutki staruszek, krzepki i czerstwy, o zachwycających rysach twarzy prawdziwego człowieka morza. Mówił niestety jedynie po szwedzku i nieco po niemiecku, ale nie przeszkodziło mu to w zebraniu od nas opłaty portowej. Nie tak dotkliwej jak na Christiansoe, ale zawsze uszczuplającej naszą, niezbyt zasobna, kasę jachtową.
Dziewczęta zabrały się za szycie żagli w czym dochodziły już do niezłej wprawy – około pół metra na godzinę. Wkrótce do naszej burty dobił Kapitan Haska i jego załoga pogratulowała nam wejścia na Utklippan. Wraz z zapadającym zmierzchem konał wiatr, a ożyła morska latarnia stojąca na sąsiedniej skale. Jej silne światło omiatało regularnie szare skały i maszty jachtów stojących w basenie.
Stojąc na solidnym, nieruchomym, granitowym fundamencie otoczony zewsząd wodą doznawałem uczucia niezwykłego spokoju. Taki spokój rzadko gości w sercu żeglarza na kołyszącym się pokładzie, gdy wyczulone zmysły wsłuchują się nieustannie w odgłosy żeglugi. Rzadko też gości w czasie postoju jachtu w gwarnych portach. Zastanawiając się nad niezwykłością owego stanu, zrobiłem kilkanaście kroków na wierzchołek wygładzonej lodowcem skały i wtedy dotarło do mnie o co chodzi. Wszędzie wokół widziałem morze. Jakież to dziwne być jednocześnie na lądzie i na morzu. Ów maleńki skrawek lądu nie był w stanie zaćmić wrażenia potęgi przewalającego się obok stalowo-szarego Bałtyku, a jednocześnie dawał poczucie bezpieczeństwa.
© KB 2000


