REJS KANAŁEM OD MORZA ŚRÓDZIEMNEGO DO ZATOKI BISKAJSKIEJ
SharePrzeczytaj również
- Z pamiętnika najętego szypra #3
- Zapiski najętego szypra
- Na turkusowych wodach absurdu
- Z pamiętnika najętego szypra
- POCZĄTEK KOŃCA REJSU „ZENITEM”
Tagi:
Canal du Midi, Canal Lateral a la Garonne, Riquet, Port la Mouvelle, Narbonne, Toulouse, Béziers, Canal de Jonction, Carcassonne,
Nie masz patentu, za zimne dla ciebie nasze morze, kanały i jeziora już niedługo mogą być skute lodem, nie grzeszysz dużą gotówką – a chcesz pływać...
Najlepsza propozycją byłoby skorzystanie z rejsu kanałami południowej Francji.
Jest takie miejsce w Europie, gdzie prawie przez cały rok można wyczarterować
jacht motorowy 6-8 osobowy; mniejsze też.
Przykładowy koszt takiego czarteru po za sezonem to kwota ok. 860 € i depozyt
ok. 700 € ; z pełną obsługą techniczną na trasie.
Tym kanałem jest Canal du Midi oraz Canal Lateral a la Garonne.
Najwięcej jednostek czarterowych i firm pracuje na Canal du Midi.
Przyjęto też logiczną i zdrową zasadę czarterów w oparciu o etykę żeglarską.
Nie musisz mieć papierów do prowadzenia jednostki jeśli czujesz się na siłach
i udowodnisz w próbie u czarterodawcy. Dopuszczalna maksymalna prędkość na kanale to 8 km/godz., z uwagi na stare nabrzeża. Nawigacja ograniczona jest do
pory dziennej. Cumowanie dozwolone prawie na całej długości kanału oprócz łuków kanału, zwężeń, pod mostami oraz w odcinku 200-metrowym od śluz. Większe śluzy występują tylko na kanale Garonne, automatyczne, pozwalające na śluzowanie kilku jednostek.
Kanał łączący Zatokę Biskajską z Morzem Śródziemnym jest podzielony na dwa kanały o różnych nazwach. Canal du Midi (kanał Midi) i Canal Lateral a la Garonne (Kanał Południowy). Miejsce gdzie łączą się oba kanały jest miasto Toulouse (Tuluza). Główne miasto Langwedocji o bogatej historii, zabytkach, uczelniach i dużym ośrodku przemysłowym.
Trasa Kanału Południowego jest mniej popularna turystycznie, choć przepływa przez większe miasta o bogatej historii średniowiecznej – Maissac, d’Argen
i Aiquillon, gdzie Garonne łączy się z Losem, ostatnią odnogą kanału. Tereny wzdłuż kanałów obfitują w winnice „kraju bordou”. W ostatnich latach
przywrócono do użytku odgałęzienia głównego kanału na rzekach Baîse i niżej położoną rzeką Los.
Kanał Garonne jest też głębszym kanałem od Midi.
Kanał Midi istnieje już od 300 lat. Jego budowę zainicjował Pierre Paul Riquet
w latach 1667 i 1681, w celu połączenia Toulouse z Sette. Długość kanału to 240 km (150 Mm), który powstał za rządów Ludwika XIV („Król Słońce”). Celem było umożliwienie transportu dóbr gospodarczych z okręgu Langwedocji i cel wojskowy
– transport dla francuskiej marynarki wojennej pomiędzy Atlantykiem a Morzem Śródziemnym. Obecnie kanał spełnia prawie wyłącznie rolę turystyczną. W 1996 roku został uznany przez UNESCO za światowe dziedzictwo techniki (gdyby nie nasza polityka i byłego ZSRR – moglibyśmy i my doczekać się podobnego uznania, jeśli chodzi o Kanał Augustowski).
Głównym portem czarterowym na kanale Midi jest – Port la Mouvelle, skąd wypływające jednostki mają okazję odwiedzić miejscowości Narbonne, Agde, Bezîers, Toulouse i Carcassonne.
Kanał Midi, jak większość systemów kanałowych we Francji, jest obsługiwana przez VNF (Voites Navigables de France), tj. regionalne biuro kanałowe z centrum w Toulouse (tel: +33(0) 562151191.
Oddziały VNF : - Bezîers – tel.: +33(0) 467118130
Carcassonne – tel.: +33(0) 468250150
Dodatkowe informacje dotyczące rejsów po kanale Midi:
- minimalny przesmyk pod mostami - 2,46 m
- minimalna głębokość - 1,39 m
Kanał otwarty jest przez cały rok, choć w okresach listopada i grudnia, często śluzy są zamknięte z powodu okresowych remontów. Jednakże i w tym okresie jest możliwa nawigacja po wcześniejszym uzgodnieniu terminów rejsu z biurem kanałowym.
Godziny pracy śluz:
- styczeń, luty, marzec - 08.00 – 12.30 ; 13.30 - 17.30
- kwiecień - 08.00 – 12.30 ; 13.30 - 18.00
- maj - 08.00 - 12.30 ; 13.30 - 19.00
- czerwiec, lipiec, sierpień - 08.00 - 12.30 ; 13.30 - 19.30
- wrzesień - 08.00 - 12.30 ; 13.30 - 18.30
- październik - 08.00 - 12.30 ; 13.30 - 18.00
- listopad, grudzień - 08.00 - 12.30 ; 13.30 - 17.00
Śluzy nieczynne w dniach: 1 styczeń, 1 marzec, 14 lipiec, 1 listopada, 11 listopada, 25 grudzień.
Średnie temperatury z ostatnich lat, panujące na kanale Midi (max/min):
• Styczeń - 10,8 / 2.8 ºC
• Luty - 12,1 / 3.6 ºC
• Marzec - 15,3 / 5,7 ºC
• Kwiecień - 17,6 / 7,5 ºC
• Maj - 22,1 / 11,0 ºC
• Czerwiec - 26,6 / 14,2 ºC
• Lipiec - 30,6 / 16,8 ºC
• Sierpień - 29,8 / 16,4 ºC
• Wrzesień - 26,2 / 13,7 ºC
• Październik - 20,3 / 10,8 ºC
• Listopad - 14,7 / 6,8 ºC
• Grudzień - 11,8 / 4,0 ºC
Władysław Bożek
Grupa żeglarzy z Jasła, wyczarterowała taki jacht motorowy na kanale de Midi.
Oto ich wspomnienia:
Sprawozdanie wyprawy - 2002
Osoby: Janusz Kulon, Maria Sypień, Andrzej Skrudlik, Zbigniew Grasela, Zbigniew i Małgorzata Turek, Jerzy Kawałek.
Godzina 14 minut zero - odpaliliśmy mechaniczne rumaki, rozpoczęła się wyprawa pod przewodnictwem kierownika Pana. Po krótkiej chwili przekroczyliśmy granice naszego pięknego kraju przez przejście w Koniecznej.
Podróż przez Słowację przerwała nam złośliwość rzeczy martwych pod postacią rury wydechowej Hondy Civic admirała Turka. Ta rura miała przyjemność pęknąć na wysokości Strybskiego Plesa. Dzięki uprzejmości mieszkańców dowiedzieliśmy się gdzie mieszka lokalny mechanik. Trafiliśmy do niego bez problemu, ale gdy zobaczyliśmy jego warsztat byliśmy pełni obaw o dalszy los wycieczki. Nasze podejrzenia były jednak błędne, bo Słowak okazał się prawdziwym fachowcem
i naprawił tłumik w tri-miga. Nasza podróż mogła być kontynuowana. Pierwszy dzień wyprawy zakończyliśmy w Piesztanach, gdzie zameldowaliśmy się w hotelu Vach płacąc za pokój trzyosobowy 1050, a za dwuosobowy 850 koron.
Warunki dobre, choć bez śniadania.
Następnego dnia ruszyliśmy za moją sprawą z dwuminutowym opóźnieniem. Gładko wjechaliśmy na teren Austrii. Większość z nas kupiła winietki po 7,60 euro.
Pierwszą na pewno godną zatrzymania miejscowością było Semmering, gdzie obejrzeliśmy bazę narciarską. Mijamy Mürtzuschlag - miejsce pracy dziadka Andrzeja, zastanawiając się, czy na pewno odebrał ostatnią wypłatę sprzed stu lat, bo chętnie odebralibyśmy ją z odsetkami.
Jedziemy dalej, po drodze mijamy masyw Dachstein. Dojeżdżamy do Hallstatt. \Jest to światowe dziedzictwo kultury, przez Austriaków uważane
za najpiękniejszą wieś Austrii.I mają rację. Wieś położona jest w malowniczej okolicy, otoczona ze wszech stron szczytami gór, nad pięknym jeziorem. Skarbem Hallstatt jest sól. Kopalnia soli znajduje się na szczycie góry, gdzie obecnie kursuje kolejka linowa. W dawnych czasach mężczyźni wydobywali sól, a kobiety znosiły ją do wsi na plecach. Drugą atrakcją Hallstatt jest kaplica czaszek.
Z uwagi na mizerne rozmiary cmentarza szkielety są po dwudziestu latach składane w tamtejszej kaplicy. Spacerując uliczkami Hallstatt siadamy
w ulicznym barze, jedni piją piwo, drudzy kawę, okazuje się, że jest możliwość skorzystania z komputera. Wysyłam maila do domu. Jedziemy dalej. Po drodze mijamy Bad Ischl - letnią rezydencję cesarza Franciszka Józefa I.
Dzień kończymy w Salzburgu. Początkowo jedziemy na pole namiotowe, ale z uwagi na zaczynający się deszcz pytamy panią o kwatery prywatne. Pani kieruje nas do domu Dichlbauer ( mamy wizytówkę ). Nocleg za 20 euro z bardzo dobrym śniadaniem.
Uwaga - przy pakowaniu samochodów okazało się, że w ekwipunku ” Pani Admirałowej” brakuje ulubionej poduszki i reklamówki z bliżej nieokreśloną zawartością. Pomimo pomocy lokalnej Policji sprawa nie została wyjaśniona. Lokalne władze oddają dalsze dochodzenie w ręce Interpolu.
Następnego dnia pojechaliśmy na stare miasto. Salzburg jest rodzinnym miastem Mozarta. Spacerowaliśmy uliczkami czując jakby czas się zatrzymał i zaraz zza rogu miał wyjść mistrz Wolfgang.
Uwaga - nie parkować w centrum - około 5 euro od samochodu.
Jedziemy dalej. Następne miejsce będące światowym dziedzictwem kultury - Eisrisenwelt koło Werfen - lodowa jaskinia na wysokości ok. 1600 m.
Podjazd na parking przed jaskinią dawał wiele do myślenia, ale my nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Zamek, na który jeszcze przed chwilą patrzyliśmy z zadartymi głowami nagle był pod nami wielkości makiety.
Z parkingu wspinaczka do dolnej stacji kolejki linowej. Byli tacy, którzy gdyby wiedzieli jak to wygląda, zostaliby w samochodzie. Kolejka wwozi nas na górę prawie pionowo, po jednej podporze. Dalej marsz skalnymi półkami do wejścia do jaskini. Dostajemy karbidowe lampki i w drogę. Wszystko przypomina obrazy z "Wyprawy do wnętrza ziemi" Verne. Jaskinia lodowa to naprawdę cos wspaniałego. Powrót równie pasjonujący. Jadąc dalej docieramy do Kaprun. Podjeżdżamy pod kolejkę na Kitzsteinhorn, to tu spłonęła w tunelu kolejka. Dalej oglądamy wodospady Krimll Falls. Znajdujemy radio z zasilaczem. Jedziemy. Wjeżdżamy do Tyrolu. Dzień kończymy na campingu Hofer w Zell am Ziller
(15 euro, ze śniadaniem 18 euro ) z basenem.
Następnego dnia ruszamy o 7 rano, pogoda szybko się zmienia, zaczyna padać.
W deszczu dojeżdżamy do Pfunds, ostatniej miejscowości w Austrii, gdzie zakupujemy lokalny bimber( Obst ).
O 10.30 wjechaliśmy z marszu do Helwecji. Temp. 5°C, opady coraz większe,
w St. Moritz szybki spacer bo strasznie zimno i ruszamy dalej, mijamy ciężarówki z ośnieżonymi przodami, im wyżej tym gorzej. Regularna zima. Wysiadamy i bijemy się śnieżkami.
Jedziemy dalej, warunki jak w styczniu. Następny przystanek - Thusis, gdzie zaczyna się Via Mala ( Droga Zła ), zwiedzamy, jest chwilowa poprawa pogody, ruszamy, warunki nadal złe, rezygnujemy ze zjazdu przełęczą San Bernardino, wybraliśmy prostszą drogę przez tunel, która i tak była bardzo niebezpieczna.
Dojechaliśmy w strugach deszczu do Bellinzone, w informacji turystycznej dowiedzieliśmy się, gdzie można przenocować. Nocleg w Instytucie Santa Maria ( internat ze szkolą ), nocleg 30 euro od osoby ze śniadaniem, warunki jak w akademiku, łóżka piętrowe, umywalka, lada do odrabiania lekcji. Ubikacja i prysznice wspólne. Ale ludzie uczciwi, Zbyszek Grasela zostawił saszetkę na stole przy recepcji i nikt jej nie wziął.
Kontakty nie przystosowane do europejskich wtyczek, nie można włączyć laptopa. Próbuję coś zaradzić pilniczkiem, brakło światła w naszym pokoju i ubikacji, fachowiec przyjechał za godzinę.
W trakcie pobytu powstał nowy źródłosłów. Mianowicie mówiliśmy o pobycie w Bellinzone. Małgosia zapytała jak się to wymawia, powtórzyła Bellin zona, ktoś dodał Berlin Zona i ostatecznie zostało, że przyjeżdża żona z Berlina. Noc minęła spokojnie, wstaliśmy punktualnie, deszcz przestał padać. Zjedliśmy śniadanie i w drogę. No teraz to są widoki, Alpy w pełnym słońcu i śnieg na szczytach. Wjeżdżamy do Locarno, widać zmianę roślinności na śródziemnomorską. Zwiedzamy miasto. Tankujemy po 1,32 fr. szwajcarskiego.
Przekraczamy granicę włoską, region Piemontu, większość trasy pokonujemy autostradami płacąc kolejno 0.9, 0.8, 3.1 i 4.0 euro. Po drodze widziałem ze dwie stacje LPG ( Masserano, Sandigliano 0.49 ). Tuż przed granicą francuską
na przełęczy zatrzymujemy się na posiłek i przez zupełny przypadek znajdujemy kapliczkę św. Gerwazego z 1065 roku.
Przyjeżdżamy do Briançon. Jest to najwyżej położone miasto w Europie posiadające fortyfikacje obronne, które miały być rozebrane bo nie były potrzebne. Dzięki niewykonaniu rozkazu mogliśmy to cudo zobaczyć. Spacerując uliczkami Briançon, przypadkiem trafiamy do muzeum sportów zimowych. Jedziemy doliną rzeki Durance, gdzie zauważyliśmy człowieka surfującego na desce przy pomocy paraglajtu.
Zjeżdżamy do Gap i szukamy campingu. Nocujemy na campingu z delfinami po 14 euro od osoby. Nadal nie używamy namiotów. Wieczorem jak zwykle spożywamy co nieco i dyskutujemy na różne tematy. Ustalamy, co będziemy zwiedzać w następnych dniach. Kierownik mówi, że trzeba zrobić zakupy bo jutro robimy La Salette a pojutrze jest Boże Ciało. Po czym Małgosia pyta, czy jest takie miasto...
Dzień szósty powitał nas słońcem, choć było zimno, wysokość robi jednak swoje. Ale okazuje się, że wysokość to jest pojęcie względne, a tam gdzie właśnie wybraliśmy się jest znacznie wyżej. Pniemy się do góry, widoki nie do opisania.
Sanktuarium Matki Boskiej z La Salette jest na wysokości 1800 m.
To tu 09.09.1846 roku dwóm pastuszkom jedenastoletniemu Maksymilianowi
i 14 letniej Melanii ukazała się "Dobra Pani". Rozpoczął się kult Matki Boskiej i powstał zakon Salezjanów. Miejsce autentycznie zapiera dech w piersiach.
Wracamy w dolinę. W Gap na stacji Esso jest gaz po 0.45 euro. Jedziemy dalej do Sisteron. Miasto jak większość w tym rejonie z zawieszoną na szczycie góry twierdzą obronną. Wysiadamy, zapach lawendy jest wszechobecny, spacerujemy uliczkami starego miasta, w ulicznej smażalni kupujemy trzy pieczone kurczaki, które zjadamy na ulicznej ławce. Posileni ruszamy w dalszą drogę. Zmieniamy mapy na dokładniejsze, bo wjeżdżamy na tereny znane tylko tubylcom
i Kulonowi. Miejscowość Roussillon ( gdziekolwiek to jest ) słynie z ochry. Ochra to naturalny barwnik mineralny od żółci do brązu występujący pod postacią litej skały. Wszędzie te kolory dominowały, a i otaczające budynki były budowane z tego surowca. Jedziemy szybko dalej nie wiedząc czemu, ale kierowniczek wie. Nieco niżej znajduje się w Senanque opactwo Cystersów z 1226 roku otoczone polami lawendy, będącymi głównym środkiem utrzymania. Zwiedzamy opactwo. Po drodze robimy w biegu kilka zdjęć "z ręki" wbitej w skałę miejscowości Gordes. Zjeżdżamy w dół do Fontaine-de-Vaucluse, miejsca gdzie znajduje się źródło rzeki Sorque.
Tu swoje wiersze pisał Petrarka.
Zakupiliśmy „winiucho”. Pierwsza noc spędzamy pod namiotami na campingu. Camping z basenem, basen niestety zamknęli o 19.00
Wstajemy o wyznaczonym czasie. Pakujemy namioty, ruszamy do Avignon. Avignon to duże miasto, które przez 68 lat było siedzibą papieży. Tu znajduje się fragment mostu św. Benezera, gdzie tańczyli mieszczanie ( nie na moście tylko pod nim ), Jurek też tańczył. Zwiedzamy most, siedzibę papieży i ogrody. Jedziemy dalej do Pont du Gard - bardzo dobrze zachowane fragmenty akweduktu rzymskiego przebiegającego nad rzeka Gard. Coś niesamowitego. Rozpoczęła się żmudna, ale niesamowita wędrówka przez kanion rzeki Ardeche. Widoki "o Boże ty mój". Nocujemy na kampingu l'Arc w miejscu gdzie rzeka przepływa przez luk
w skale. Kąpiemy się w rzece ( woda cieplusieńka ), spanko.
Rano ruszamy dalszymi kanionami: rzeki Tarn i Jonte. Trochę błądzimy.
Zjeżdżamy do rezerwatu przyrody "Chaos de Montpellier".
Zjeżdżamy z drogi by wstąpić do Roquefort, wiadomo dlaczego ( sery ). Niestety juz zamknięte. Szukamy noclegu, długo nic nie możemy znaleźć, jedne zamknięte, inne bez zaplecza. W końcu znajdujemy bardzo ładny kamping La Salvette i co nas zatkało - 18 euro za wszystko, taniej niż poprzednio.
W sobotę, pierwszego czerwca wjeżdżamy do Béziers, to tu mamy odebrać wyczarterowaną łódź. Do umówionej godziny mamy dużo czasu, spacerujemy uliczkami miasta, chodzimy po "pchlim targu" ( gdybym tu przyjechał z tym, co mam na strychu... ).
Tu w XIII wieku w czasie krucjaty przeciwko albigensom ( sekta religijna,
odłam katolicyzmu ) zginęło 20 tysięcy ludzi.
Spacerujemy alejami Pierre Paul Riquet'a, twórcy Canal du Midi. W centrum stoi pomnik Riquet'a. Na wzgórzu jest katedra i wspaniały widok na okolice.
O 16.00 zgłosiliśmy się w biurze wypożyczalni łodzi. Poinformowano nas, że nie otrzymamy zamówionej łodzi, bo jest uszkodzona i że dadzą nam inną. Ku naszemu zdziwieniu dostaliśmy łódź o wiele większą niż nasza: 13 metrów długą, 4 metry szeroką, pokój dzienny, kuchnia z kuchenką gazową, lodówką i pełnym wyposażeniem, dwie ubikacje, dwa prysznice, cztery sypialnie z 10 kojami.
Woda zimna i ciepła, 220 V w gniazdkach ( ale to odkrywamy dopiero po czterech dniach ), radio Blaupunkt z odtwarzaczem. Możliwość nawigacji z wewnątrz
i z pokładu widokowego. Brakuje jedynie TV.
Wyruszamy w dół kanału, gdyż śluzy w górę już są nieczynne. Wiele nie płyniemy, szukamy miejsca na nocleg, cumujemy w Cers. Rano ruszamy w górę, mijamy jeszcze raz macierzysty port Béziers . Pierwsza śluza podnosi nas o 6 m w górę, dalej płyniemy mostem wodnym ( Pont-canal ) - kanał płynie górą, a rzeka dołem. Następnym wyzwaniem jest zespół 7 śluz Fonserannes, które wynoszą nas o kolejne 13,5 m. Płyniemy w pełnym słońcu, zero wiatru, mijamy kolejne mostki,
tak niskie, że musimy się schylać żeby nie zaliczyć guza.
Dopływamy do Colombiers. Tankujemy wodę, wychodzimy zwiedzać miejscowość.
W starej wytwórni win zorganizowano galerię sztuki nowoczesnej. Bosman krzewił kulturę rowerową.
Odpływamy w kierunku tunelu Souterrain de Malpas co znaczy "złe przejście" (jest faktycznie ciasno ), cumujemy, idziemy do Oppidium d'Ensérune ( wykopaliska starorzymsko -galijsko-iberyjsko-celtyckiej kultury ), po drodze oczom naszym ukazuje się Etang de Montady ( rzymski sposób nawadniania pól
z lotu ptaka przypominający koło ze szprychami roweru ). Zbyszek Grasela dosiada oczywiście bicykla, niestety łapie gumę, sprowadza rower ręcznie. Zostajemy tu na noc.
Płyniemy dalej, dopływamy do Capestang, robimy zakupy w InterMarche, zwiedzamy miasto,
Niestety nasza pompka nie jest przystosowana do naszego wentyla, ale zacumowany obok Niemiec ma dobrą i pożycza. Okazuje się jednak, że ma pęknięty wężyk, znajduje się drugi. Po chwili Germaniec przychodzi i coś nam tłumaczy, długo nie możemy pojąć o co mu chodzi, domyślam się wreszcie, że szuka zepsutego wężyka, wyjaśniamy, że już oddaliśmy i pokazujemy miejsce na jego łodzi, gdzie wężyk leży. Niemiec przeprasza nas.
Odpływamy, po 19 km zbaczamy z głównego szlaku na Canal de Jonction ( łączący ), gdzie o 19.00 utykamy między śluzami w miejscowości Sallčles-d'Aude. Z powodu brudu i ogólnego dziadostwa wycofujemy się pod górną śluzę, gdzie pod wysokimi żywotnikami, na przeciwległym do miejscowych domostw brzegu rozbijamy kolejny biwak.
Następnego dnia meldujemy się punktualnie o 9.00 na śluzie i wypływamy
w kierunku Narbonny. Załapujemy się na dwie pary Włochów, które towarzyszą nam przez kolejnych 5 śluz. Mijamy ciekawie wyglądającą krzyżówkę kanału z rzeką Aude i przed 13.00 kręcimy wajchą uruchamiając śluzę w centrum Narbonne.
Zostaje nam 15 minut na zakupy w halach targowych, gdzie nabywamy drogą kupna cztery gatunki oliwek ( głównie ostrych ), nie zdążamy do sklepu ( pieprzona sjesta ), na zwiedzanie pałaców arcybiskupa i bazyliki St. Just'a pozostaje nam 45 min.
Wracając mijamy bardzo szerokim łukiem grupę miejscowych kloszardów otoczonych sforą psów. Wsiadamy na łódź, robimy nawrotkę i ku naszemu zdziwieniu słyszymy polską mowę w wykonaniu jednego z kloszardów informującego nas, że właśnie zaczął się mecz Polska-Korea. Nisko schylając głowy przepływamy pod rzymskim mostem, na którym wybudowano domy mieszkalne.
Wracamy w kierunku Kanału du Midi. Śluza automatyczna psuje się, wzywamy obsługę, po krótkiej wymianie zdań płyniemy dalej i dzięki Zbyszkowi Turkowi jadącemu przed nami rowerem i otwierającemu śluzy udaje się przed 19-stą wrócić na właściwy kanał. Nocleg przed le Somail.
Pogoda następnego dnia jest fatalna, pada, płyniemy, mijamy kolejne miejscowości, które przypominają opuszczone PGR-y. Zaczynają się śluzy, płyniemy, pogoda coraz gorsza, mijamy Homps, znajdujemy zatoczkę, gdzie cumujemy i z braku lepszego zajęcia przeglądamy zdjęcia i "uzupełniamy elektrolity".
Rano na zachodzie bez zmian, dalej leje z tą różnicą, że bardziej, wczorajsza zła pogoda okazała się rewelacyjna w porównaniu z tym co nam zaserwowała pogoda dziś.
Nawigacja bardzo trudna, w pewnym momencie silnik gaśnie, łódź przestaje być sterowna, walimy w brzeg, nie wiemy o co chodzi, odpalamy, płyniemy chwilę po czym znowu gaśnie silnik i zaliczamy kolejny brzeg. Cumujemy, choć nie jest to łatwe, gorszego brzegu nie widziałem. Zbyszek sprawdza łajbę i stwierdza,
że nie ma paliwa. Dzwonimy do serwisu, goście mówią, że to jest dziwne
i niemożliwe. Zapraszamy ich do nas tłumacząc, w których krzakach siedzimy.
Po godzinie przyjeżdża gość, sprawdza instalacje i stwierdza, że brak paliwa, ale dodaje żebyśmy "płynęli" do najbliższej śluzy.
Oczywiście upłynęliśmy 100 metrów i koniec. Wysiadamy i ciągniemy ( Jurek ) tą łajbę w pełnym deszczu po rozmytej drodze. Cumujemy i stwierdzamy, że jesteśmy Europejczykami i nie będziemy ciągnąć dalej. Zresztą widok jak na Gadkach. Wieczorem tradycyjnie biesiada, trochę mocniej zakrapiana, ale mogliśmy sobie pozwolić, bo ekipa serwisowa ma przyjechać o 9 rano, żeby wyciągnąć nas z tych krzaków.
Ekipa przyjechała o 10, przywieźli 4 baniaki ropy, każdy po 20 litrów, zatankowali, dali nam 100 euro żebyśmy dotankowali w porcie Trebs. Pogoda poprawia się, wyszło słońce,ale wieje zimny wiatr. W Trebs zostajemy przed śluzą z powodu przerwy obiadowej, idziemy na zakupy do Intermarche. Część zakupów Zbyszek bierze na rower i próbuje jechać. Ujechał i owszem 50 metrów
i bęc - karton 25 butelek piwa ląduje na ziemi. Rozbija się tylko jedna, ale dopiero wtedy orientujemy się, że jest to 1% piwo z lemoniadą ( notabene bardzo dobre w smaku). Przepakowujemy siatki i wracamy na łódź, Zbyszek jako zmechanizowany wraca pierwszy i sam zaczyna wjeżdżać na śluzę. Bardzo karkołomne zadanie. Dochodzimy do łodzi i dalej śluzujemy się już zespołowo.
W porcie tankujemy ropę, o dziwo wchodzą jedynie 34 litry. Nie wiemy czemu,
bo zbiornik jest na około 300 litrów.
Płyniemy. Z powodu problemów z paliwem tracimy w sumie 24 godziny. Płyniemy już na pełnym gazie ( 6 km / godz. ) do Carcassonne. Meldujemy się w porcie. Idziemy na dworzec sprawdzić pociągi do Béziers bo jutro trzeba odebrać samochody i zdać łódź. Idziemy zwiedzać miasto. Składa się ono z dwóch części - współczesnej i średniowiecznej warowni. Coś niesamowitego.
Ranek obudził nas deszczem, Zbyszek, Andrzej i Janusz pojechali pociągiem do Béziers ( dzień wcześniej rozpracowywaliśmy obsługę automatycznej kasy biletowej ) odebrać samochody, pozostali w tym czasie pucowali łódź.
Po spakowaniu samochodów ruszyliśmy w Pireneje. Z uwagi na złe warunki pogodowe ( padał śnieg! ) zrezygnowaliśmy z jazdy do Andory. Pojechaliśmy do Figueres
w Hiszpanii, gdzie znajduje się muzeum Salvadora Dali. Niestety spóźniliśmy się 15 minut. Oglądamy muzeum z zewnątrz, zjadamy obiad w sąsiedniej restauracji
o bardzo ciekawym wystroju z kelnerem Kubańczykiem.
Jedziemy do Roses na Costa Brava, gdzie nocujemy w bungalowie z pełnym wyposażeniem za 10 euro od osoby. Wiatr chce porwać domki.
9 czerwca był równie wietrzny jak poprzedzająca go noc. Po śniadaniu podjechaliśmy na promenadę wzdłuż Costa Brava. Słońce, lazur morza, piękne palmy, ośnieżone szczyty Pirenejów to widok bardzo kojący, gdyby tylko tak nie wiało...
Jedziemy do nadmorskiej willi Salvadora Dali położonej w małej osadzie rybackiej
Ilgat koło Cadaqués, z dala od zgiełku i hałasu, po drodze mijamy obserwatorium astronomiczne. Niestety bilety do domu Salvadore Dali są tylko w przedsprzedaży i chcąc je kupić trzeba to wcześniej zaplanować i rezerwować np. przez Internet.
Odpalamy i kierujemy się w kierunku Francji. Po drodze mieliśmy podjechać pod ....., gdzie znajduje się głowa św. Pawła. Niestety droga, która tam wiodła była źle oznakowana i nie trafiliśmy.
Granica francuska wiedzie przez Pireneje, a co za tym idzie znowu serpentyny. Granica oczywiście symboliczna. Rozpoczynamy podróż wzdłuż Golfe du Lion ( Lwia Zatoka ). Nadal wieje silny wiatr, z punktów widokowych rozmieszczonych gęsto po drodze podziwiamy różnorodność brzegu i bezmiar lazurowej toni morza.
Dojeżdżamy wcześniej niż zwykle do miejsca noclegu, camping jest na plaży nad samym morzem, w planach było kąpanie. Usiedliśmy w restauracji na plaży ( bardzo sympatycznie, wszystko zrobione z tego co morze wyrzuca i co rośnie na i w okolicy plaży ) i jednomyślnie podejmujemy decyzję, żeby jechać dalej,
bo przy takim wietrze to nosa z namiotu nie wystawimy.
Postanowiliśmy jechać dalej, a zaoszczędzony w ten sposób czas wykorzystać następnego dnia na kąpiel w morzu. Jak się potem okaże nici z kąpieli i to wcale nie z powodu wiatru. Po drodze zatrzymujemy się przed Sete na piaszczystej plaży całej pokrytej muszlami. Najwięcej nazbierali Turkowie. Bosman zły na kierowniczka, że ten nie zatrzymał się ze 2 km wcześniej,
gdzie cięli wodę windsurfingowcy.
Na nocleg zatrzymaliśmy się za Sete. Bardzo dużo campingów o zróżnicowanym standardzie. Trafiamy na camping, którego szefowa ma męża Polaka, ale akurat gość był w Warszawie. Wynajmujemy dwa bungalowy ( wszystko OK. tylko ciepła woda była z gazowego piecyka przepływowego i ustawienie odpowiedniej temperatury prysznica było niewykonalne, a i uruchomienie spłuczki w ubikacji było dziełem przypadku ). Wieczór spędzamy na spożywaniu małego co nieco, gawędzie o jutrzejszym dniu, co mamy do zobaczenia i dlaczego, o kąpieli kierowniczek kazał nam zapomnieć.
Następnego dnia pierwszą miejscowością na naszej drodze było Aigues-Mortes, co w prostym tłumaczeniu znaczy martwe wody. To średniowieczna twierdza otoczona warownymi murami założona przez Ludwika IX, kiedyś nadmorska,
ale z powodu zamulenia Rodanu morze cofnęło się. Obecnie tętni życiem,
mnóstwem sklepików, gdzie można kupić wiele kiczowatych pamiątek, ale można też znaleźć coś ładnego - na przykład porcelanowe, cykające cykady.
Na wschód od Aigues-Mortes rozciąga się Camargue; kraina jezior, pastwisk, mokradeł i wydm ( delta Rodanu ). Jest tu rezerwat przyrody, gdzie można spotkać dzikie, białe konie, czarne byki, flamingi i inne okazy fauny.
Następny punkt wycieczki to Arles ( w całości światowe dziedzictwo kultury ).
W mieście tym znajduje się rzymska arena, na której do dziś odbywają się Corridy, jest też rzymski teatr. W Arles znajduje się fundacja van Gogh'a. To w Arles Vincent van Gogh namalował między innymi "Słoneczniki" i "Krzesło"
i tu obciął sobie ucho ( nie pamiętam, które ).
Jedziemy dalej, po drodze wstępujemy do opactwa Benedyktynów Montmajour
( X w.), które miało być schronieniem przed Rzymianami... oczywiście światowe dziedzictwo kultury.Z wieży ( trzeba pokonać 124 stopnie ) rozciąga się wspaniała panorama od Les Alpilles aż do morza. Na szczycie Les Alpilles leży Les Baux-de-Provans. Twierdza z X wieku. Panowali tu waleczni rycerze choć dość surowi dla poddanych. Do ulubionych rozrywek należało strącanie poddanych w przepaść. Kardynał Richelieu, chcąc ukarać swawolników kazał twierdzę zburzyć.
Zbliża się wieczór, po drodze mijamy przepięknie położony nad morzem camping "Munes" i lądujemy na campingu "Pramousquier", którego zdecydowanie nie polecamy.Wysoko, widoki żadne, do morza daleko i mocno wieje. Poznajemy tu Norweżkę Mirele, która chyba nigdy nie widziała Polaków, bo cieszyła się jakby była w ZOO, laptopa też chyba nigdy nie widziała. Rano 11 czerwca wjeżdżamy do St. Tropez. Miasto zbudowano wokół starego portu i pobliskich plaż. Wzdłuż portu jachtowego ciągnie się długa promenada z licznymi kafejkami i sklepami. Prawdziwy rozkwit nastąpił w 1956 oku, kiedy to zaświeciła tu gwiazda Brigitte Bardot w filmie "I Bóg stworzył kobietę". Drugim francuskim aktorem, który przyniósł sławę miastu był Louis de Funés, grający rolę żandarma tamtejszego komisariatu. W porcie jachty, że nie można oczu od nich oderwać.
Na jednej z ulic doszły nas znajome dźwięki, rozglądamy się i widzimy dwójkę Peruwiańczyków puszczających z CD swoje utwory. Jeden z nich był zatytułowany "Takie tango". Z żalem opuszczamy St. Tropez, ale przed nami Cannes.
Po wyjeździe za miasto kierownik zarządza przerwę na papierosa, zatrzymuje się w punkcie widokowym nad samym morzem. Wykorzystujemy chwilę nieuwagi prezesunia i wskakując w biegu w kąpielówki, idziemy posmakować naprawdę lazurowej morskiej wody. Było to uczucie, które mogłoby trwać wiecznie, niestety nie byliśmy na wczasach. Cannes - co tu dużo mówić, to po prostu Cannes. Następną miejscowością było Antibes. Grecki port, zamek Grimaldich z muzeum Picassa, który w 1946 roku miał tu swoją pracownię.
Trudy podróży dają się już wszystkim we znaki, zmęczenie zaczyna pojawiać się na naszych twarzach. Przydałby się jeden dzień izolacji członków wyprawy. Kierownik mówi,że nocujemy przed Monaco, oczywiście nie nad morzem tylko gdzieś w górach.
Nasze pragnienie relaksu w morskich falach wzięło górę, Andrzej wyprzedził Janusza i postanowiliśmy prowadzić ekipę ku campingowi położonemu nad brzegiem morza. Jedziemy, jedziemy i nic, zaczyna być coraz później, coraz bliżej Monaco. W końcu pojawił się drogowskaz na camping, skręcamy, pniemy się w górę i lądujemy na wcześniej proponowanym przez kierownika campingu "Les Romarins"
w Eze. Jesteśmy źli, Janusz promienieje. Rozkładamy klamoty. Trzeba przyznać,
że widok z góry na morze i Cap Ferrat jest niepowtarzalny. Camping, jeśli chodzi o wygody, średni. Wieczór nie należał do przyjemnych, ostre wymiany poglądów i przekomarzania skończyły się koło północy.
Ranek był mglisty, ale po zjechaniu w dół wypogodziło się. Widok Monaco poprawił nam humory. Na niewielkim skrawku ziemi zmieszczono niezliczoną liczbę budynków dumnie wznoszących się ku niebu. Wszędzie czysto, ład i porządek. Miejsce w którym mógłbym zostać. Parkujemy na podziemnym parkingu pod muzeum oceanograficznym, usytuowanym na wysokim klifowym wybrzeżu. Mieści się tu jedno z najbogatszych akwariów Europy. Obok znajdują się ogrody pałacowe udostępnione przez księcia pana mieszkańcom i turystom. Znajdują się w nich cenne okazy flory śródziemnomorskiej. Rozpościera się z nich piękny widok na Monaco i port jachtowy. Obok ogrodów znajduje jest tu neoromańska katedra, w której znajdują się grobowce rodziny Grimaldich panującej od 1309 roku. Jest tu pochowana również Grace Kelly - tragicznie zmarła w wypadku samochodowym żona księcia Rainiera Louisa Henrego Maxance'a Bertranda de Grimaldiego ( łaskawie panującego ). Podchodzimy pod pałac księciunia, gdzie punktualnie o 12.00 odbywa się uroczysta zmiana warty. Od strony wschodniej widok na Monte Carlo. Wzgórza Karola nazwane tak na cześć Karola III, który w 1865 roku otworzył tu pierwsze kasyno i od tego czasu jakoś im leci.
Następny punkt programu znajduje się we Włoszech, a jest nim Portofino. Chyba pierwszy raz zjeżdżamy z dróg trzeciej kategorii odśnieżania na autostradę. Zapomniałbym dodać, że nastąpiły pewne zmiany jeśli chodzi o składy w bolidach. Admirał postanowił odpocząć i dopuścił do kierownicy bosmana, Małgosia natomiast przesiadła się do Andrzeja delektując się dobrodziejstwem klimatyzacji. Admirał też się "delektował" i w miarę "delektowania" jego krew stawała się coraz gorętsza co dało się słyszeć przez nasz system nawigacji.
Do Portofino dotarliśmy późnym popołudniem. Malowniczo położony port, kiedyś rybacki, dziś przystań pięknych jachtów. Spacerujemy po nabrzeżu, chłoniemy ciszę i spokój. Za Portofino znajdujemy camping nad samym morzem przy oczyszczalni ścieków i kolei miejskiej. Rozbijamy namioty i czym prędzej idziemy się kąpać w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.
A.S.


