Próba grudniowego Bałtyku
SharePrzeczytaj również
- Północny Adriatyk - wrzesień 2011 – Włochy - Chorwacja - Włochy
- Z pamiętnika najętego szypra #3
- Zapiski najętego szypra
- Na turkusowych wodach absurdu
- Z pamiętnika najętego szypra
Tagi:
rejs, morski,, rejsy, morskie,, bałtyk,, bałtycki,
- W zimie, to się pływa!!! – stwierdził podczas letniego rejsu nasz skipper. Wtedy, dumny z każdej mili prawie się na niego obraziłem. Ale teraz…
Początek grudnia 1999 roku. Późnym popołudniem wypływamy z Gdańska na Zatokę. Nasza sześcioosobowa załoga ma do okiełznania 18 metrów stalowego J-140. Trzy metry pokładu na osobę – nie jest tak źle. Jednak gdy pierwsze żniwo zbierze choroba morska, ten przelicznik nie będzie wyglądał już tak optymistycznie.
Morze jeszcze spokojne, jednak w miarę zbliżania się do Helu zaczyna wiać naprawdę solidnie. Teraz każdy zdaje sobie sprawę, że nie ma już odwrotu i trzeba płynąć cokolwiek miałoby to znaczyć. Tymczasem Bałtyk po raz pierwszy w tym rejsie pokazuje zęby. Do silnego wiatru z czasem dołącza stroma, nieprzyjemna fala. Pierwsze dary dla Neptuna lądują za burtą. "Chyba chce nas przekonać, że pływanie zimą to nie jest dobry pomysł" - zdają się mówić nasze twarze. Chwilę później rozdziera się na całej długości zarefowany grot. Jest to pierwsza z serii awarii jachtu, które będą obrzydzać nam życie nie mniej niż pogoda. Ostatecznie dopływamy po około dobie (!), kompletnie "rozjechani" do Władysławowa.
Tę rundę chyba przegraliśmy. Morze od razu pokazało, na co je stać, ale pewnie dzięki temu łatwiej było nam pokonać to, co miało dopiero nadejść. Przedziwnie wyglądał nasz samotny jacht wśród floty kutrów w ciągu tych krótkich, zimowych dni, gdy przygotowywaliśmy go do dalszej drogi. Trochę jak intruz, który znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Podobne opinie wyrażali sami rybacy, ale w gruncie rzeczy jako ludzie morza chyba czuli do nas sympatię, choć do końca raczej nie zrozumieli do czego jest nam ta zabawa potrzebna.
Władysławowo opuszczamy bez wyraźnie określonego celu podróży. Zdajemy sobie sprawę, że w zimie jeszcze bardziej o wszystkim decyduje pogoda. Najogólniej mówiąc, płyniemy do Szwecji.
Morze gładkie prawie jak stół. Jednak prognoza sprowadza nas na ziemię. „ Niż z centrum nad Danią pogłębia się i przemieszcza na wschód...” No cóż, sielanki raczej nie będzie. I rzeczywiście, przy wciąż tężejącym wietrze płyniemy baksztagowym kursem w stronę Kalmaru. Ostatecznie po ok. dobie, bez większych przygód i trudności wchodzimy do Berghvary, „metropolii” (1100 mieszkańców) na zachodnim brzegu Cieśniny Kalmarskiej. Spędzamy w Szwecji 3(!) „długie” godziny, z których sporą część poświęcamy na przekonywanie szwedzkich pograniczników (wezwanych przez przypadkowego przechodnia – Szwecja to jednak dziwny kraj), że żeglarstwo, a nie przemyt są naszym sposobem na życie. Gdy już nam się to udało, usłyszeliśmy tylko: You’re crazy!!… Dłużej jednak nie możemy zostać. Zaczyna gonić nas czas, a wiatr będziemy mieć ( jak się później okaże do samej Polski) tylko prosto w twarz.
Dwie godziny po opuszczeniu Szwecji tracimy urządzenie sterowe. Ułamał się (dosłownie) jego podstawowy element. Nie pozostaje nam nic innego jak zamontować rumpel awaryjny. Od tej chwili jednak, wachty będą trwały maksymalnie godzinę. Po prostu nikt nie jest w stanie dłużej obsłużyć tego piekielnego urządzenia. Tymczasem wiatr ustabilizował się na poziomie ok. 8B; zaczyna padać.
Ciężko pokonujemy każdą falę. Nasz jacht dzielnie walczy z napierającym morzem. Raz po raz lodowata woda zalewa pokład i ... sternika. Żeby się oszczędzić na pokładzie trzymamy tylko jedną osobę. Ktoś jednak zawsze jest w zanadrzu, gdyby działo się coś złego. Podczas jednego z takich asekuracyjnych , nocnych „dyżurów” w pełni doceniłem na własnej skórze, dobrodziejstwo i konieczność pasów asekuracyjnych.
Bezan od dłuższego czasu nieprzyjemnie łopotał, potęgując i tak uciążliwe jęki poniewieranego jachtu. Udawałem trochę, że tego nie słyszę. Jednak szef dał „dyskretnie” do zrozumienia że coś wypadałoby zrobić. W pierwszej chwili chciałem wybiec na zewnątrz tylko w sztormiaku - przecież to tylko na chwilę!! Byłem już na górze, jednak coś mnie zawróciło. Ubrałem się jak Pan Bóg przykazał i wyszedłem po raz drugi. Wpiąłem się w solidny element na rufie i zabrałem do pracy. Przemknęło mi jeszcze przez głowę, że jakoś tutaj za spokojnie i ... w tym właśnie momencie nadszedł „nieprzyjaciel” – potężna fala, której przez ciemności nie mogłem zauważyć, zalała całą rufę . Przez moment poczułem się jak cząstka całego morza. Instynkt kazał mi trzymać się czegokolwiek ze wszystkich sił. Chyba wyrwało mi się z ust „siarczyste” przekleństwo… Wybrałem bezana w tempie regatowca i wróciłem pod pokład. Doświadczyłem przedziwnego uczucia. Morze w ciągu krótkiej chwili pokazało mi kto tutaj rządzi. Zrozumiałem, że jedynym atutem człowieka w tej rozgrywce jest zdrowy rozsądek.
Tej nocy sztorm był najsilniejszy w całym rejsie. Fachowe oko Marcina oceniło go na „mocne” 9B. Jako załoga wytrzymaliśmy i to, jednak pojawiły się problemy innego rodzaju. Straciliśmy jedną z tratw ratunkowych – rzecz raczej rzadko spotykana. Nie byliśmy w stanie nic zrobić. Puściły mocowania i zanim wybiegliśmy na pokład już jej nie było.
Krótko później całkowicie zaniemógł GPS. To był chyba najtrudniejszy moment całego rejsu. Południowy, sztormowy wiatr nie pozwalał nam wyraźnie zbliżyć się do celu, nie znaliśmy swojej dokładnej pozycji, dewiacja kompasu której nie znał chyba sam armator jachtu powodowała, że w zasadzie nie wiedzieliśmy dokąd płyniemy. Dlatego pod wieczór, gdy po zwrocie zrobionym na wyczucie na horyzoncie pojawiło się światło Rozewia, atmosfera jakby się rozluźniła... Odtąd wszystko zaczęło układać się pomyślnie ( nie licząc sztormu na pożegnanie, już na Zatoce) i dzień później byliśmy szczęśliwie w Gdańsku.
To był ciężki rejs. Był szkołą żeglarstwa, pokory dla żywiołu, ale przede wszystkim szkołą charakteru. W tych trudnych warunkach które powodują, że każdy odbierany przez nas bodziec jest podwójnie intensywny, a tęsknota za domem jeszcze bardziej dotkliwa, dowiadujemy się prawdy o samych sobie. Dowiadujemy się ile tak naprawdę jesteśmy warci. Każdy zimowy rejs ma inny scenariusz. Niezależnie jednak, czy upłynie on na walce z morzem czy na lepieniu bałwana na pokładzie, zawsze można powiedzieć: „W zimie, to się pływa!!!” I teraz to rozumiem…
PS Stare dzieje. Może kogoś zainspiruje lub odwiedzie ;)
Bartosz Obracaj
Zdjęcia
Komentarze: 8
Żeglowanie na morzu jest fajne, piękne, cudowne, daje dużo satysfakcji. Z czasem nabieramy doświadczenia, nasze pływanie jest bezpieczniejsze. Ale żeby na własne życzenie pakować się pod ósemkę? w zimie? Męczyć się za własne pieniądze, nic nie zobaczyć, nie zwiedzić? Na szczęście każdy robi to co lubi:)

Mateusz Kaczyński, 12/12/08 18:38
Mnie wystarczył ten jeden raz ;)

Bartosz Obracaj, 12/12/08 19:11
Krótko mówiąc rejs dla TWARDZIELI :)
W kokpicie to chyba siedzieliście w goglach, co?

Mikołaj Laskowski, 13/12/08 12:49
w goglach w taką pogodę? chyba gogle z wycieraczkami:D

Mateusz Kaczyński, 13/12/08 16:07
Jeden szczęśliwiec gogle posiadał. Fakt :)
Rejs był niezapomniany, szkoda że jacht nie był równie gotowy na te przygody, jak my.
Fajny czas, choć jak mówię drugi raz tego już nie zrobiłem :)
B

Bartosz Obracaj, 15/12/08 16:09
szczególnie za własne pieniądze. A tak poważnie, dużo pływałem na "błękitnych" wodach, również blisko koła podbiegunowego, ale w zimie na Bałtyku nie byłem.

Krzysztof Chałupczak, 16/12/08 20:22
Bez wątpienia warto sprobować. Problemem są odpowiednie jachty. Takie projekty to nie wyprawa straceńców - chyba że jacht jest pływającym zagrożeniem, a tak było niestety w naszym przypadku, o czym dowiedzieliśmy się już na wodzie.
Pozdrowienia
Bartek

Bartosz Obracaj, 17/12/08 16:22
Ha! 18 metrowy jacht i F8 ... w czym problem? w końcu łódka była ze stali, załoga też ...
Fajny materiał!
b.

barnakiel barnakiel, 25/09/09 00:38


