POCZĄTEK KOŃCA REJSU „ZENITEM”
SharePrzeczytaj również
- Z pamiętnika najętego szypra #3
- Zapiski najętego szypra
- Na turkusowych wodach absurdu
- Z pamiętnika najętego szypra
- REJS KANAŁEM OD MORZA ŚRÓDZIEMNEGO DO ZATOKI BISKAJSKIEJ
Tagi:
Zenit, Svaneke, Nekso,
POCZĄTEK KOŃCA REJSU „ZENITEM”
Wiadomość o możliwości wzięcia udziału w rejsie dookoła Europy dotarła do mnie bardzo późno. Pozostało mi tylko dwa tygodnie na zorganizowanie się i wyrobienie paszportu. Z uzyskanych informacji wynikało,
że mogę liczyć na darmowy rejs z zapewnioną drogą powrotną przez armatora oraz pewne pieniądze, gdy dojdzie do prac remontowych. Rejs na prawie miesiąc
a potem zobaczymy na miejscu, gdy dopłyniemy do portu we Włoszech.
Trasa jest ustalona a jednostka przygotowana do drogi.
Tak wyglądała sytuacja przez telefon. Przyjechać mam na swoje ryzyko i gdy moja osoba będzie odpowiadała kwalifikacjom i przypadnę do gustu kapitanowi,
to popłynę.
Warto spróbować.
W ekspresowym tempie załatwiłem paszport, od przyjaciół dostałem zapewnienie pożyczenia kamery na rejs i dużą pomocą służyła mi telewizja kablowa z Tarnowa. Zobowiązałem się przywieźć sporo materiałów do cyklicznych programów turystycznych
i żeglarskich.
Piętnastego maja wyjechałem rano ekspresem z Tarnowa. W Warszawie na dworcu odebrałem kamerę i w trakcie drogi zacząłem zapoznawać się z jego obsługą.
Pod wieczór dotarłem do Łeby. Pogoda dopisywała, świeciło słońce i było ciepło. Prawie letnia pogoda.
Już sporo wczasowiczów .
W portowej restauracji już czekali na mnie: armator oraz kapitan.
Zaakceptował mnie kapitan. Przejrzał książeczkę żeglarską oraz wybadał moje kontakty
i rejsy w jakich brałem udział.
Jego nazwisko nie mogłem skojarzyć ze znanymi mi jachtami a to dlatego ,że on, pływa na żaglowcach, a ja znam więcej kapitanów związanych z regatami
i z zachodniej części wybrzeża Polskiego.
Na pierwsze dni „zamustrowałem” w prywatnym pensjonacie, gdzie ulokował się już armator.
Statek „ZENIT”, stał przy nabrzeżu dawnej bazy remontowej barek rybackich.
Czasy jej świetności dawno już minęły i obecnie hala świeci prawie pustkami,
na nabrzeżu kilka kutrów w trakcie sezonowych napraw a przy nabrzeżu barki przerabiane na jednostki do wożenia turystów.
Przerabiane na wielkie łodzie wikingów.
Z daleka „Zenit” wygląda ładnie. Z bliska widać, że kadłub i nadbudówki wymagają malowania. Nad pokładem kolumny z unieruchomionymi radarami.
W następnym dniu rozpoczęliśmy prace na „Zenicie”.
Początek, to odmalowanie spływów wody przy falszburcie. Zdarcie starej farby . Gdzieniegdzie trzeba było zedrzeć grubą warstwę prawie na centymetr.
Przemalować podkładem a potem farbą powierzchniową.
Potem okazało się, że sanitariaty są tak zapuszczone, że trzeba było je szorować „Cif-em” oraz proszkami. Dużo czasu wymagało uszczelnienie syfonów pod zlewami.Odniosłem wrażenie, jakby na jednostce pływali ludzie, którzy nie mają w domach łazienek a czystość jest poślednią sprawą.
Na pokład zawitał przyszły kucharz. Gadatliwy lecz skory do roboty .Przez cały dzień sprzątaliśmy kambuz, szorując blaty kuchenne, pordzewiałe płyty
w piekarniku. Proszkiem polerowaliśmy blachę mosiężną dookoła kuchni, wydłubywaliśmy zestarzały olej i pozostałości po leniwych kukach, ze szpar zawiasów i krawędzi. Wszystkie naczynia wymagały dokładnego mycia.
Nawet w lodówkach i zamrażarkach było dużo brudu i rdzy.
Po dwóch dniach kambuz zaczął przypominać kambuz na jachcie.
Niestety, ten kuk nie mógł popłynąć, gdyż nie miał aktualnego paszportu.
Przyszedł nowy. Z Łeby, z małej prywatnej gastronomii. Po swojemu zaczął ustawiać zakupioną żywność i przygotowywać się do rejsu.
Na pokład zawitali także mechanicy z Gdańska - Jan i Sławek.
Gdy się już zamustrowali, zniknęli na kilka godzin w siłowni. Dopiero pod wieczór wyszli z niej umorusani olejami i paliwem. Mieli pierwsze problemy ze sterownikami sprężonego powietrza rozruchowego głównego silnika.
Coraz więcej ludzi na pokładzie statku. Przygotowania nabierają rozmachu, choć to wygląda raczej na doraźny remont przed pierwszym rejsem, próbnym, bo wciąż po uruchomieniu czy to silnika głównego czy agregatów coś nawala,
coś się psuje, czegoś brakuje...
Wraz z Kubą, malujemy pokład dziobowy oraz rufowy. Do forpiku wkładamy części zapasowe oraz jakiś „złom” statkowy. W przypadku ciężkich elementów korzystamy z talii ładunkowej. Załadowaliśmy prawie dwie tony różnych „rupieci”.
Miejscowy stolarz portowy wykonał stół nawigacyjny na mostku, z czym mieliśmy potem problem, bo się okazał on za duży i trzeba było go skracać, docinać aby można było przejść koło kolumny sterowej.
Po kilku dniach statek a właściwie jacht ,bo tak został zarejestrowany, jest prawie gotowy do drogi. Pierwszy oficer, Magda, cały dzień sprawdza stan posiadania na statku map i locji
i spisuje jakie musimy jeszcze dokupić czy pożyczyć. Okazało się, że brakuje ich sporo, jeśli mamy przejść całą trasę i zobowiązują wraz z kapitanem, armatora aby zakupił je po drodze.
Na mostku instalujemy radar, sondę i GPS według życzeń kapitana i oficera.
Jeszcze armator wyjechał na cały dzień do Gdańska po ostatni papierek – certyfikat jachtu. Już w miarę wszystkie grubsze sprawy mamy zrobione na statku i tylko czekamy na decyzję mechaników, że siłownia na tyle sprawna, że możemy wypłynąć.
Pierwszy rejs na Bornholm poprowadzi były właściciel jednostki i będzie to rejs dla wędkarzy. Do ostatniej chwili robimy porządki. Po południu przyjechali wędkarze. Prawie czterdzieści osób. Wszyscy naraz chcą się zakwaterować.
Musimy im pomóc, bo wędkami jak lancami uszkodziliby siebie i statek.
Naraz zrobiło się ich pełno i zaczęli myszkować po całym statku. Zaglądali do kambuza dopytując się o jedzenie, na pokładzie wyszukiwali dla siebie miejsca do wędkowania. Na pokład wnieśli transporter pełen małych rybek na przynętę.
Mechanik zamknął siłownię, bo i tam zaczęli już zaglądać. Wleźli już także do sterówki, bo niestety nie była zamknięta.
Pod wieczór wypływamy. Niski poziom wody i płytki port, powoduje, że czasem ocieramy się o dno. Odprawę graniczną mamy przy wyjściu z portu, co nie jest korzystne w tym porcie, lecz taka „wola” pograniczników.
Maszyna jednak idzie na większych obrotach i większa jest szybkość jednostki
a podczas podejścia do nabrzeża silnik nie zareagował na polecenie kapitana wstecz i statek wyrżnął w nabrzeże z hukiem, uszkadzając w jednym miejscu stewę dziobową. Na ląd poszła cuma dziobowa, rufowej nie udało się podać i statek ustawił się w poprzek toru wodnego, zagradzając wąskie wejście do portu. Jeszcze pozostało tylko parę metrów od rufy do drugiego brzegu...
Tym samym wiem, że szerokość toru wodnego w Łebie to niecałe 35 m.
Wreszcie zadziałał silnik na wstecz, ster wyłożony na burtę i stateczek powoli zaczął ustawiać się wzdłuż ruty. Podpłynęliśmy dalej i zacumowaliśmy.
Oczekujemy na straż graniczną. Przynajmniej muszą się wysilić i przyjść do nas na piechotę 300 metrów. A wygodniej byłoby gdyby zrobili odprawę jeszcze
w bazie remontowej, tak jak to dzieje się w wielu innych portach.
Odprawa się przedłużyła,. Okazało się, że na statek zostało przyjętych więcej wędkarzy, niż przewiduje karta bezpieczeństwa. Zostałem poproszony o zejście
z pokładu i dojechanie do Kołobrzegu, dokąd „Zenit” dopłynie po dwóch dniach pływania z wędkarzami. Już pierwszy zgrzyt, świadczący o brakach organizacyjnych rejsu.
Dobrze, że jest pogoda i przyjemnie spędziłem dzień w Kołobrzegu oczekując na przypłynięcie statku. W południe przypłynęli. Na kei oczekiwaliśmy „Zenita” wraz z kapitanem Wiktorem oraz żeglarzami z Kołobrzegu.
Powoli dochodzili do nabrzeża dużym łukiem. Szybkość jednostki wyraźnie spadła lecz statek nie kręcił dalej i szedł wprost na nabrzeże, gdzie stała bliźniacza jednostka „Nadir” a obok niej mała barka. Jeszcze parę metrów...
Czemu silnik nie działa wstecz?!... Znów problemy!
„Zenit” najeżdża na barkę, wpycha ją do wody. Jej część rufowa zanurzyła się pod wodę, „Zenit” zatrzymał się i cofnął do tyłu. Barka wyskoczyła do góry wyrzucając fontannę wody. Dużo szczęścia miał kapitan na „Zenicie”.
Dzięki barce nie rozorał „Nadira” na wysokości sterówki.
Nareszcie zadziałał system powietrza sprężonego i silnik zapracował wstecz.
Mała naprzód i „Zenit” złożył się do nabrzeża. Zacumowali.
Wędkarze, jak tabun dzieciaków ze szkoły podstawowej wylegli na nabrzeże ze swoimi „przyborami”, plecakami, torbami...
Gdy już zniknęli z kei , zaczęliśmy „szacować straty”: to uszkodzone wylewki
w zlewozmywakach, to ślady na pokładzie po patroszeniu ryb, kawałki żyłek płatające się pod nogami...
Cały dzień usuwamy ślady pobytu wędkarzy, psiocząc na bałagan jaki zostawili
po sobie.
Mechanicy znów siedzą całymi dniami w siłowni starając się doprowadzić ją do użytku i rejsu. Okazało się, że listwa sterująca wtryskami jest połączona termozgrzewalną taśmą zamiast być jednorodna, cała. Szok! A przecież statek przeszedł remont w Łebie! Teraz muszą zrobić remont po remoncie!
W dodatku „Zenit” ma aktualny odbiór PRS-u!
Ładujemy na „Zenita” żywność na dwa tygodnie. Z pomocą marynarzy z pobliskiej jednostki wojskowej, nowe, atestowane tratwy ratunkowe.
Na pokładzie zostajemy sami, to jest mechanicy oraz ja z Kubą, do wszelkich prac. Kadra wraz z armatorem urzędują w pobliskiej tawernie żeglarskiej, gdzie spotykają się z kpt. Piotrowskim i znajomymi.Czasem złość nas ogarnia, gdyż nie chcemy samodzielnie podejmować decyzji,która może być inna niż ich plan. Narasta też spięcie, pomiędzy kapitanem a kukiem. Po dwóch dnia zapada decyzja- zmienić kuka. Przyglądając się jemu, doszedł kapitan do wniosku, że nie poradzi on sobie na morzu i nie potrafi utrzymać porządku w kambuzie po posiłkach.
W dodatku zaczął kichać nie zakrywając ust, na przygotowywane jedzenie. Przypominało to słowa z piosenki-...o kuku co kichał do zupy mlecznej...”. Został zwolniony i opuścił statek obrażony na wszystkich. W ciągu paru godzin znalazł się nowy kuk – młody chłopak po szkole morskiej, który lubi gotować. Już sprawdził się po pierwszym obiedzie- kambuz był czysty i wysprzątany. Jedzenie zadowoliło każde podniebienie. Wygląda na to, że poradzi sobie
w każdych warunkach pogodowych i przy brakach w niektórych artykułach żywnościowych, gdyby armator „zapomniał” dać pieniądze na zakupy...
W ostatniej dobie przypomniał sobie armator o wypraniu pościeli oraz
o konieczności zakupu niezbędnych narzędzi do drobnych napraw.
Brakowało nam nawet najzwyklejszych pędzli, śrubokrętów, próbnika do prądu oraz bezpieczników elektrycznych... Jeszcze kilka map trzeba było pożyczyć...
Armator w ostatniej chwili wyciągnął kilka „zaskórniaków” na niezbędne zakupy.
Gdy mechanicy zapewnili kapitana, że siłownia jest w miarę sprawna i można wypłynąć, wieczorem padła decyzja.
Ostatnie próby z manewrowaniem silnikiem na cumach...
Jedna z cum pękła. Dobrze , że mamy jeszcze jedną zapasową...
Odchodzimy. Wszyscy na stanowiskach manewrowych. Próbujemy odejść na cumie rufowej. Miejsca mamy niewiele. Z tyłu „Nadir”, a od dziobu zagradza nam drogę „szalandra”. Niestety manewry na krótkim odcinku nabrzeża nie pozwoliły nam na odsunięcie dziobu od nabrzeża na tyle, aby ominąć barkę.
Zmiana taktyki.
Zakładamy cumę dziobową i na wstecznym wycofujemy się na środek basenu portowego.
Odeszliśmy.
Małą „na przód” wychodzimy z portu. Szybkość niestety jest duża gdyż obroty silnika są wysokie i z szybkością 7,5 węzła gnamy przez port w główki portu, slalomem mijając stojące jednostki w porcie. Ster chodzi ciężko i wymaga błyskawicznej reakcji aby utrzymać się w torze wodnym.
Pot wystąpił mi na czoło a koszula czuję, że jest cała mokra. Gdy już minęliśmy główki portu z emocji nie mogłem dalej stać za sterem. Poprosiłem o zmianę
i poszedłem wymyć się i zmienić koszulę. Odświeżony, emocje opadły, poczułem się lepiej. Pewniej stanąłem za sterem. Niby łatwiej teraz prowadzi się statek po otwartej wodzie lecz dziwnie reaguje ster. W prawo trudniej jest kręcić kołem, a statek chętniej zatacza koło w lewo. Dziwnie przechylony w lewo, co powoduje ten efekt. Sam kapitan stanął za sterem, nie dowierzając. Skontaktował się z byłym właścicielem aby wyjaśnił mu sytuację. Okazało się, że tak się dzieje po nabraniu paliwa, które nierównomiernie wlewa się do zbiorników
i trzeba przeprowadzić trymowanie zbiorników paliwowych przy pomocy pompy na silniku. Uspokojeni płyniemy dalej, rekompensując kurs wychyleniem steru o 15º na lewą burtę. Po kilku godzinach sytuacja ulega poprawie. Horyzont widać bardziej poziomo a sterowanie staje się łatwiejsze, choć oficer wciąż narzeka, że zbyt często i za powoli wracam na kurs. Szybsze wracanie powoduje, że rufą zamiatamy jak „kitą” farwater na wodzie. To nie jacht, gdzie reakcja na ster jest szybsza i jacht łatwiej utrzymać na kursie. Pierwsze godziny są też napięte, gdyż Magda zwraca uwagę na wszystkie jednostki płynące w oddali i z obawy schodzi im z kursu. Przeraża ją szybkość „Zenita”, prawie 10 węzłów, ponieważ jachty na których pływała nie przekraczały 6 węzłów. Gdy zaczęło się już rozwidniać a na radarze prawie znikły ślady płynących statków, uspokoiła się atmosfera na mostku i kurs łatwiej było utrzymać, z kambuza przyniosłem kawę oraz kanapki. Poranek powitał nas czystym niebem
i świeżym wiatrem. Po całym poprzednim dniu pełnym wrażeń i prac oraz ponad 10 godzinnym sterowaniu zaczęliśmy odczuwać zmęczenie. Około 7-mej rano zastąpił nas kapitan oraz za sterem stanął Kuba.
Niestety, długo nie wytrzymał za sterem i po śniadaniu zmuszony zostałem do zastąpienia go. Dwie godziny snu tym razem wystarczyły. Morskie powietrze wyraźnie poprawiło moją kondycję i czułem się pełen energii i sił. Późnym popołudniem dopłynęliśmy do ruty wprowadzającej nas na szlak przez „Sundy”. Nagle prędkość „Zefira” zaczęła spadać a z komina zaczął wydobywać się biały obłok dymu. Znów coś z silnikiem.
Alarm.
Kuk wraz z Kubą zostali wywołani na pokład i przygotowywali się do rzucenia kotwicy. Zeszliśmy jeszcze z toru wodnego i wtedy stanął silnik. Okazało się, że pracowały tylko cztery tłoki. Kapitan zdenerwowany, ponieważ ruch statków duży a jesteśmy przed wejściem na główny tor wejściowy prowadzący do Kopenhagi.
Naprawa potrwała dwie godziny. Pierwsza próba nie powiodła się i dopiero za drugim razem Jan zapewnił, że silnik jest sprawny. Znaleźli przyczynę.
Nie została oczyszczona siatka ssąca pod zmienionym w Łebie, przez miejscowego mechanika filtrem paliwa!
Gdy uruchomili silnik, aż miło go było słuchać. Teraz lepiej pracował a rura ssąca powietrze już tak nie hałasowała jak poprzednio. Wzdłuż boi, blisko krawędzi toru wodnego, zmierzaliśmy do portu. Wyprzedziło nas kilka statków a w przeciwnym kierunku kilka dużych jednostek oraz wielki prom.
Po zwrocie o 100º, popłynęliśmy wzdłuż nabieżnika wprowadzającego nas do portu w Kopenhadze. Płynąc już wewnątrz portu „małą naprzód”, złożyliśmy się do nabrzeża dochodząc „na jajko”. Szybko założyliśmy cumy i pierwszy to był manewr wykonany idealnie w obcym porcie. Stanęliśmy naprzeciw pałacu królowej. Silnik został wyłączony i tylko chodził agregat dający prąd do oświetlenia i działania urządzeń pokładowych.
Niedaleko nas stoją przy kei dwa żaglowce niemieckie oraz jacht polski „Gaudeamus”. Zazdrościmy dobijającemu do kei szwedzkiemu szkunerowi, który idealnie manewruje na silniku i ustawia jednostkę dziobem w kierunku wyjścia. Silnik prawie nie słychać a żaglowiec prawie kręci piruet w miejscu.
Stoimy przy promenadzie portowej i sporo ludzi po niej spaceruje i przyglądają się naszej jednostce. Szczególne zaciekawienie wzbudza ilość radarów na nadbudówce oraz masztów radiowych. Są to pozostałości po dawnej Szkole Morskiej. Odkryliśmy ciekawe materiały z dawnych lat oraz teczki ze stemplami – „tajne/do wiadomości kapitana”!
Jak się okazuje, statek był szkoleniowy tylko pro- forma a spełniał rolę wywiadu radiowego w poprzednich latach. Odbywał np. rejs za poszukiwaniem zgubionej kotwicy na wodach Morza Północnego...
W latach 70-tych i 80-tych, gdy stacjonował w Basenie Jachtowym w Gdyni, sprawiał masę problemów powodując uszkodzenia jachtów czy miał też kilka przypadków wejścia na mieliznę. Jednostka, która rzadko pływała ze studentami
a nazywana była przez nich „rzygaczem”. Przy większym stanie morza i płynąc bokiem do fali, nielitościwie kołysało statkiem co nie każdy wytrzymywał. Statek dzielnie się sprawował i nie straszne mu były sztormy. Podobnie jak „Nadir” oraz „Zawisza Czarny” są to jednostki zwane ptaszkami, gdyż dawniej nosiły nazwy ptaków. Zbudowane z blach wydobytych z wraka „Gneisenau”, okrętu liniowego Krigsmarine.
Podczas remontu we Włoszech, radary mają być zdemontowane i będą reliktami muzealnymi w ich ogródku. Silnik pamięta jeszcze czasy gdy pracował na okręcie podwodnym U-bot-a”.
Gdy tak stoimy przy nabrzeżu, możemy oglądać statki żaglowe, które wożą wycieczki. Dwukrotnie przybijał do nabrzeża potężny prom, który rufą dochodził do nabrzeża promowego. Co chwilę przepływały specjalne łodzie wożące turystów, tramwaje wodne zabierające do 60 pasażerów. Długie na 20 metrów i szerokie, zwinnie poruszające się pomiędzy pływającymi jednostkami.
Napęd na dwie śruby powodował, że ich promień skrętu był bardzo mały.
Z zazdrością patrzyliśmy na te wszystkie stateczki, których silniki miarowo mruczały a manewry silnikami odbywały się bez żadnych problemów.
Nasi mechanicy tylko na jedzenie wyglądali z siłowni. Pojawił się potężny problem, dotyczący pompy zęzowej.
To była tylko atrapa!
Zatkane przewody a rurociągi zapchane piachem z Łeby.
Kapitan nie zdecydował się płynąć dalej. Byłoby to zbyt niebezpieczne a po drugie, z powodu nieszczelności w systemach rurowych i w silniku głównym - mieliśmy prawie pełne zęzy. Kombinowaną metodą częściowo wypompowano wodę z zęzy. Z elektryką nadal mamy problemy. Szczególnie objawia się to po zmianie agregatów prądotwórczych, po ich przełączeniu coś przestaje działać albo przepalają się korki. Już kończy się nam zapas zakupionych korków elektrycznych i trzeba będzie je „drutować”. Problemem stało się skorzystanie ze szlifierki albo odkurzacza, ponieważ przetwornik napięcia na zmienne 220 V, nie daje tyle mocy a napięcie spada do 190-200 V. Jest to „ustrojstwo”, pracujące za pomocą silnika stałego prądu o mocy 3,5 KW.
Po kilku telefonach do byłego armatora zdecydowano się wrócić na Bałtyk
i popłynąć do Nexø(Nekso) na Bornholmie.
Po trzech dniach pobytu, wypłynęliśmy rano z portu. Pogoda słoneczna, choć parne powietrze. Po południu pogoda zaczęła się psuć, gdy zaczęliśmy zbliżać się do Bornholmu od północy. Kurs określała Magda według mapy generalnej
i przed podejściem do wyspy sytuacja zaczęła być napięta, ponieważ nie mieliśmy map podejścia do portu. Pozostało nam skorzystać tylko z książki Kulińskiego opisującej porty Bornholmu.
Niewiele brakowało a pomylilibyśmy porty. Po zatrzymaniu statku na redzie Listed silnik nie chciał zapracować wstecz. Zabrakło powietrza rozruchowego.
Dopiero po kilku minutach udało się naładować butle rozruchowe.
Płyniemy dalej. Za cyplem ukazała się nam miejscowość do której płyniemy.
Nekso. Morze już trochę się uspokoiło, wzdłuż nabieżnika 232º wpływamy w główki portowe. Wejście wąskie, prędkość mamy minimalną. Skręcamy o 110º w prawo,
do basenu Trafik Havn. Komenda – silnik wstecz... nastąpiła reakcja w maszynie.
Wyłożenie steru na burtę i komenda – mała wprzód...
Czekamy... a nabrzeże za rufą coraz bliżej...
Kapitan wyszedł ze sterówki i spokojnym głosem oznajmił:.. chyba się nie uda...
….trzymajcie się!..
Po chwili łoskot za rufą i lekkie szarpnięcie do tyłu.
”Dobiliśmy do kei „. Silnik stop.
Z pokładu poszły cumy i szpringi na keję.
Gdy tak dobijaliśmy, w kilku budynkach portowych zapaliły się światła...
Po upływie godziny do portu zaczął wchodzić „Zawisza Czarny”.
Z zazdrością patrzyliśmy na jego krótkie manewry silnikiem i obracanie się
w małym basenie portowym. A jednostka o 8,5 metra dłuższa od „Zenita”.
Silnik tylko mruczał i prychał, gdy zmieniał obroty z naprzód na wsteczne.
Z nieba zaczął padać kapuśniaczek . Jeszcze pozostało nam zmienić miejsce cumowania na sąsiednią keję. Po oddaniu cum rufowych, pod wpływem wiatru statek zaczął odchodzić od nabrzeża i składać się na przeciwny bok kei. Kapitan dodatkowo uruchomił silnik, chcąc sprawdzić jak tym razem on zapracuje.
Wystarczyło operować samymi cumami. Tym razem, gdy to było zbędne, manewry silnikiem wypadły na 5! Tak jakby na złość i przekór losowi.
Przed dwunastą w nocy zakończyliśmy „dobijanie” do Nekso. Wyłączyliśmy silnik, uruchomiony został agregat prądowy, włączone oświetlenie portowe.
Kolacja i możemy robić co chcemy. Najchętniej wszyscy poszli spać.
Dzisiejszy wygląd miasta Nekso, jest wynikiem całkowitej odbudowy po dywanowych nalotach radzieckich bombowców bezbronnego miasta. „Tego chwalebnego czynu dokonali radzieccy piloci w dniach 7 i 8 maja 1945 roku.
Zburzyły 856 budynków z 898. Zrekonstruowano w starym stylu 175 budynków; pozostałe to nowa architektura. Obecnie port rybacki gości najwięcej kutrów rybackich z Litwy, Łotwy i Rosji. Wśród nich wyróżniają się jednostki duńskie
i fińskie – czystością i świeżą farbą. Nabrzeża portu handlowego dotykają wprost ulic miasta. Brak portierni, bram, strażników.
Przetwornik na prąd zmienny ostatecznie wysiadł. Korzystamy z prądu zmiennego
z lądu. Tylko przy pomocy przedłużacza, do włączenia telewizora czy ładowania telefonów komórkowych. Próbowano podłączyć się pod zasilanie trójfazowe, ale niestety nie mieliśmy na pokładzie dużego gniazdka a armator zrezygnował
z podłączenia się pod ląd aby zaoszczędzić pieniądze. Ratujemy się agregatem
w siłowni, który pracuje cały czas podczas postoju w porcie.
Załoga zaczyna coraz bardziej się buntować. Najlepszą metodę przyjął Kuba -
pracuje na 1/3, a je za trzech, myszkując po kambuzie i wybierając lepsze kęsy gdy nikt nie widzi. Kuk mu się nie przeciwstawia, gdyż dzięki niemu dostał się na statek.
28-go maja, po śniadaniu zabrała się cała załoga z kapitanem w messie
i ustalono, że czekamy na decyzję armatora oraz na zapewnienie wypłaty jakiejś części pieniędzy za pracę. Od tej pory nie podejmujemy żadnych prac tak w siłowni jak i na pokładzie.
Kapitan jest niby przedstawicielem załogi choć wszyscy, kanaki, bardziej liczymy na mechanika Jana. Witold unika drażliwych tematów, wciąż obiecując załodze , że dalej nie chce poprowadzić jachtu i wciąż wspomina pływanie na Pogorii i przytacza historyjki z przygód w portach Europy.
Żywności jest coraz mniej na pokładzie. Chleba zaczyna także brakować,
choć zakupiono ponad sto bochenków. Błąd zrobił armator podczas zakupów.
Kupił chleb krojony, pakowany w folię! Po tygodniu okazało się, że musimy wyrzucić ponad 50 bochenków chleba- szybko pleśniał.
Ostatni dobry posiłek zrobił kuk – uruchomił grilla i resztę mięsa przypiekliśmy na ogniu. Armator Jan wydał po 2 puszki piwa do tego i przy słonecznej pogodzie mieliśmy na górnym pokładzie wspaniałą ucztę.
Ucztę niestety bez kapitana i I oficera Magdy, którzy pojechali sobie na wycieczkę. Armator też gdzieś się urwał.
Została reszta załogi, która obijała się z kata w kąt, szukając sobie jakiegoś zajęcia oprócz pracy.
Po południu przypłynął jacht ze Szczecina – „Dar Szczecina”, a w sąsiednim porcie stał jacht z Gdańska – „Komodor”. Gdańszczanie mieli problemy z dojściem do Nekso, siedli na mieliznę i musieli ściągać ich z mielizny ratownicy
z Nekso.
„Dar Szczecina”- nawet nie zauważyliśmy, kiedy ustawił się przy kei obok nas.
Przypłynęła nim grupa młodzieży licealnej pod kapitanem Markiem Fryczem.
Na pokładzie pełny klar, nadbudówka lśniła wylakierowanym mahoniem a pokład tikowy gładki bez plam.
Po rozmowie z kapitanem Fryczem, zostałem zaproszony na ich pokład i otrzymałem propozycję powrotu do kraju na ich pokładzie.
Wiktor nie widział żadnych utrudnień abym przeszedł. Armator stwierdził tylko, że nie ma pieniędzy aby rozliczyć ze mną koszty powrotu, a oficerowie nie mogli mi pożyczyć, gdyż już wydali...
Jan obiecywał, że prześle mi do domu – w tym momencie stwierdziłem, że dobrze czynię przechodząc na porządny jacht, bo nie mam co liczyć na jakieś tam obiecanki gdańskich żeglarzy.
Na „Darze Szczecina” znaleźliśmy wspólne zainteresowania i tematy żeglarskie.
Po południu wypłynęliśmy do następnego portu – Svaneke.
Oglądałem się za siebie – z „Zenita” nikt nie wyszedł nawet mi pomachać.
Za dwa dni wróciłem do Polski, odwiedzając „stare szczecińskie kąty”.
Władysław Bożek
Komentarze: 3
Czyli w którym to było roku ??? Zenit ??? Kadłuby ptaszków ??? Cyranka, Żuraw, rugotrawlery itp ??? Co dale z tym statkiem ???

Krzysztof Chałupczak, 14/05/09 00:45
Jak się dowiedziałem przypadkowo, prawie rok później... jednostka dotarła do Włoch.Oczywiście z perypetiami, jakąś dziwaczną załogą...Więcej na ten temat nie mogę powiedzieć, bo to co usłyszałem było z trzecich ust.

Władysław Bożek, 15/05/09 21:50
STARUSZKOWI nic złego się nie dzieje.Dalej dziarsko pracuje na morzu.Teraz jest jachtem wędkarskim,cumuje w Kołobrzegu i na brak chętnych wędkarstwa bałtyckiego nie narzeka. Pozdrawiam.

ZENON ŚNIADECKI, 12/08/11 13:41


