KANAŁAMI PRZEZ EUROPĘ (w 1995 roku) = cz.5
SharePrzeczytaj również
- Północny Adriatyk - wrzesień 2011 – Włochy - Chorwacja - Włochy
- Z pamiętnika najętego szypra #3
- Zapiski najętego szypra
- Na turkusowych wodach absurdu
- Z pamiętnika najętego szypra
Tagi:
Muiden, Bruksela, Gouda, Rotterdam, Dordrecht, Keeten, Werneldinge, Bruggen, Atomium, Manneken-Pis,
ETAP V. Muiden - Bruksela
W Muiden już czeka na nas następna załoga (15.08). Szybko i sprawnie dochodzi do wymiany załóg, załadowanie żywności na następny etap i „ upchanie bagaży”. Jeszcze tylko wspólne śniadanie dla wszystkich i żegnamy załogi. Na „Deymosie” pozostaje Magda i dochodzą dwie osoby: Ewa i Arnold, a na „Bi-Pi”: dwie siostry Iwona i Dorota i ich kuzyn Marcin. Po godzinie wypływamy. Przez Amsterdam i po drodze z kei zakupy w sklepie „Aldi”. Po południu dopływamy do Alphen aan de Rijn.
Wpływamy w boczny kanał, gdzie są różne przedsiębiorstwa, stocznie i firmy morskie. Znajdujemy zakład naprawy silników i sklep handlujący silnikami jachtowymi. Wybieramy, przeglądamy, zapoznajemy się z propozycjami i znajdujemy silnik, który idealnie pasuje do naszych potrzeb: dwusezonowa Honda 9,9 , czterotaktowa, plus części zapasowe. A wszystko za 1000 marek. Bardzo tanio jak się potem okazało. Tą włoską „kosiarkę” mocujemy na koszu jako zapas, a Hondę przykręcamy do pantografu. Pierwsze zapalenie silnika, próby na wodzie...
Nareszcie !!!
Za burtą cichy pomruk, jacht szybko płynie do przodu i już wiem, że więcej nie będę martwił się wyciekami, gubieniem części w wodzie, nieprzewidywalnymi narowami silnika czy „szarpanką”, a raczej szarpaniem swoich nerwów. Gdyby nie to, że to „coś” co wisi na koszu, nie było pożyczone- to najchętniej utopiłbym w głębokim kanale, godną śmiercią wysłużonego sprzętu.
Gouda , Rotterdam i Dordrecht
Jeszcze raz odwiedzamy Utrecht z jego zabytkami, po czym płyniemy kanałem Hollandse Ijssel do Goudy (19.08). Po przejściu śluzy Mallegatsluis znajdujemy się już w mieście. Okrężnym kanałem dostajemy się do samego centrum miasta. Miasto pełne pięknych zabytkowych kamieniczek ze śnieżnobiałym gotyckim ratuszem z XV wieku, w pełnym słońcu lśni i mieni się różnymi barwami i zapachami dochodzącymi z kawiarenek i altan. Miasto słynne ze serów i wyrobów fajansowych, które mogliśmy oglądać na witrynach wielu sklepików. Następnym naszym portem jest Rotterdam gdzie zatrzymujemy się na półtora dnia. Tym razem zwiedzamy miasto i jego współczesną zabudowę, pełną szkła i aluminium. W jednym z parków natrafiliśmy na występy zespołów studenckich i wystawy plastyczne. Miasto prawie wyludnione, bo wakacje a upał wygonił ludzi z miasta. Wcześnie rano wypływamy z Rotterdamu
I kanałem Noord dopływamy do Dordrecht (21.08.). Wpływamy w kanał miejski, przy którym cumujemy pomiędzy dużą ilością różnych jednostek i barek. Z pierwszego wrażenia widać, że miasto jest zabytkowe. Założone około XI wieku i związane z Hanzą. Zwiedziliśmy zabytkowy kościół Groote Kork, gotycki ratusz z neoklasyczną fasadą, pozostałości murów obronnych. W dawnych wiekach Dordrecht był jednym z ważniejszych ośrodków handlu. W starej części miasta zachowane liczne domy i bramy z czasów XVI wieku z pięknymi zabytkowymi fasadami w których parterowe części zostały zaadaptowane na sklepy ,restauracje, bez ujemnego wpływu na fronton budowli. Wąskie uliczki, dzielące się miejscem z małymi kanałami, pamiętającymi czasy dawnej świetności miasta. Szkoda, że tylko jedno popołudnie poświęciliśmy na zwiedzanie .
22-go sierpnia wypływamy rano z Dordrecht i kierujemy się na południe kanałem Dordtse Kil. Przepływamy wzdłuż przystani barkowych i portu przeładunkowego oraz stoczni rzecznych (22.08.). Na tych kanałach musimy uważniej płynąć, szczególnie przy zakolach i skrzyżowaniach kanałów, gdyż ruch barek i zestawów pchanych jest duży. Pogoda wciąż nam dopisuje, choć czasem doskwiera upał. W tym dniu mam załogę z „Bi-Pi”. Znowu doszło do wymiany załóg, która miała dosyć rozkazów. To już nie harcerze i trzeba z nimi inaczej postępować. U mnie są weseli, rozgadani i miło się z nimi płynie. Dziewczyny bez rozkazywania, same przygotowują jedzenie, robią porządki, aby wygodnie spędzić czas na moim jachcie, a Marcin steruje. Kanał się rozszerza i przepływamy w deltę rzeki Maas. Pod wieczór wpływamy do małego portu w Willemstad. Niebo czyste z gwiazdami, z kilkoma pierzastymi ,białawymi chmurkami zaróżowionymi przez zachód słońca. Małe miasteczko skupione na wysokim nabrzeżu z latarnią morską. Stara zabytkowa zabudowa. Przy placu portowym kilka kawiarni z altanami i meblami z litej dębiny. Porcik pełen zadumy i nostalgii za holenderskimi rybakami.
Rano, po zejściu porannej mgły wypływamy na silniku (23.08.). Po przejściu śluzy Volkeraksluizen stawiamy maszty i dalszą drogę pokonujemy na żaglach. Spotykamy kilka jachtów płynących w przeciwnym kierunku. Wiatr wieje z północy i płyniemy szybko kursem półwiatrowym po Volkerak. Rezygnujemy z przejścia konałem barkowym, bezpośrednio na południe, gdyż idą tamtędy barki morskie. Po przejściu śluzy Krammersluizen, wypływamy na wody Keeten. Szybko posuwamy się po wodzie teraz baksztagowym kursem. Wiatr, widoki dużej wody, dziewicze brzegi tak mnie zafascynowały, że nie zwróciłem uwagi jak długo za sterem stał załogant. Dopiero gdy zaczął ostrzyć, stwierdziłem, że jest zmęczony kilkugodzinnym sterowaniem.
Z wymówką zwróciłem się do niego:
„Dlaczego nie powiedziałeś mi, że się zmęczyłeś. Przecież przejąłbym od Ciebie prowadzenie jednostki. Jestem przyzwyczajony do sterowania przez całą dobę”.
Odpowiedź mnie zdumiała a zarazem lekko połaskotała moje ego.
„To nic. Mogę dalej, tylko chwilkę odpocznę. Tak miło się płynie, a w dodatku jesteśmy sami, zostawiliśmy za sobą daleko „Bi-Pi” !
Rzeczywiście. Malutkie żagle drugiego Oriona parę mil za nami. Po godzinie, gdy już wpłynęliśmy na wody Oosterschelde i płynęliśmy fordewindem, Orion Poldka zaczął się do nas zbliżać. Przed dopłynięciem do południowego brzegu zrównali się z nami. Okazało się, że pomagali sobie silnikiem.
Werneldinge
Wpływamy do portu jachtowego w Werneldinge. Jak na wodach pływowych pomosty przymocowane do wysokich dalb. Zaczernienie ich, mówi nam o ponad metrowej różnicy poziomów wody między pływami. Pomosty z grubej dębiny, czyste. Jak mówiliśmy, można byłoby w garniturze wytarzać się i nie wybrudzić. Co 20 metrów skrzynka z możliwością podłączenia poboru prądu o napięciu 220V i 24 V. Pobór prądu przez automat na bilon lub kartę. Jest także ujęcie wodne. W basenie sporo jachtów, można by porównać do przystani u „Fareja” w Ruciane-Nida. Powyżej kapitanat portu z wieżyczką bosmańską. W dolnej części pomieszczenia biurowe oraz duże sanitariaty. Sanitariaty lśniące czystością. Wyposażone jak w niejednej bogatej willi w Polsce. Do ściągania wody z kafelkowej podłogi służyły gumowe zbieraczki. U bosmana kupiliśmy kartę z kodem kreskowym, którą otwierało się bramkę wyjściową z portu, sanitariaty jak i skrzynki z podłączeniami prądu i wody na kei.
Miasteczko, które zbudowano nie wcześniej jak 50 lat temu, to rzędy domków jednorodzinnych z pięknymi ogródkami i tylko w centrum kilkupiętrowe budynki administracyjne i handlowe. To już druga połowa sierpnia, słońce szybciej zachodzi i nie mogliśmy w pełni poznać walorów tego miejsca.
Przygoda na pływach
Ranek 24.08. jest zamglony, a słońce przebijało się przez rzadkie chmury. Śluzujemy na dużej śluzie Hanoweet en Bruggen, za dwoma dużymi barkami. Wpływamy na wody pływowe Westerchelde. Skracamy sobie drogę w poprzek zalewu. Chcemy ominąć tor wodny, którym płyną statki. Nagle zaczynamy szorować kadłubem o piaszczyste dno. Szybko płetwę balastową do góry, załoga za burtę i pchamy Oriona. Może uda się zepchnąć go na głębszą wodę. Wody jednak ubywa. Trafiliśmy na odpływ. Nie minął kwadrans jak się okazało, że stoimy na mieliźnie. A woda wciąż opadała. Całe szczęście, że „Bi-Pi” płynął daleko za nami i zdążył odpłynąć na głębszą wodę. Wylądowaliśmy na „plaży” większej niż boisko do piłki nożnej. Przekrzykując wiatr uzgodniliśmy z Poldkiem, że zaczeka na nas w najbliższym porcie, a my na przypływ. Plaża i słońce. Można skontrolować dno Oriona i oczyścić je. Dziewczyny zbierały muszelki. Podeszliśmy do południowego brzegu mielizny. Przed nami głęboki tor wodny z morskimi statkami a dalej port, gdzie wpłynął Poldek. Odległość dość znaczna, bo co najmniej 200 metrów. Pozostało przygotować jednostkę na przypływ, zrobić kolację i czekać. Godziny mijały. Znudziły się nam zabawy i gra w karty. Połowa załogi poszła spać. Na wachcie pozostałem z Magdą, która nie tylko dotrzymywała towarzystwa, ale i podtrzymywała na duchu. W nocy ciszę przerwał szum napływającej wody. Obudziliśmy resztę załogi, która niechętnie z ciepłych śpiworów wyszła na pokład, a musieliśmy jeszcze wyjść z jachtu do wody i przytrzymywać go, aby prąd przypływu nie pociągnął go w kierunku ciemnego brzegu. Gdy woda sięgnęła powyżej kolan, uruchomiłem silnik i po kilkunastu minutach rzuciłem kotwicę. Już bezpieczni poszliśmy spać. Z dala od tras pływających jednostek i na pewnej wodzie.
Paal
Poranek (25.08.) z rześkim powiewem wiatru od strony morza i słońcem z cumulusami na błękitnym niebie orzeźwił nas. Nie robimy śniadania, bo Poldek na pewno denerwuje się i z pewnością szuka nas na wodzie. Na silniku okrążamy mieliznę i już płyniemy torem wodnym. Wchodzimy do Paal, gdy Poldek pogania załogę i chce wyjść nam naprzeciw. Zostajemy i bierzemy się za jedzenie. Jak się okazało, Poldek narobił w porcie szumu i bosman z kapitanatu miał na nas oko. W razie czego, mogli popłynąć kutrem na ratunek. Dziwiło mnie to, gdyż to nie pierwsza moja wyprawa na wody pływowe. Gorzej byłoby gdyby Orion miał stały balast, ale wtedy są inne techniki zabezpieczenia jednostki na płyciźnie. Jacht z mieczem, może pływać po płyciznach i nic mu nie grozi.
Już się wydawało, że na dzisiaj dość przygód.
Przybiega załogant z „Bi-Pi” z penetrowania portu z wiadomością, że przy wejściu do portu wysztrandował jacht. Razem z Poldkiem wypływamy. Na kamienistej grobli, rzucany przez fale przepływających statków, miota się mały belgijski jacht o podwójnych płetwach balastowych. Staramy się podać cumę. Niestety, złe manewrowanie „Bi-Pi” koło grobli, utrudnia mi podanie rzutki. Pozostało rozebrać się i skok do wody. Belg zsiniały, nie ma już siły utrzymać jachtu, aby nie rozbił się o kamienie. Do pomocy wołam Marcina i Arnolda. W czwórkę udaje się nam zepchnąć z kamieni jacht. Pamiątką pozostają poprzecinane stopy od muszki obrastających głazy. Z Belgiem wpływamy do portu. Jest nam bardzo wdzięczny. Dostajemy od niego karton piwa. Okazuje się, że bazuje w porcie jachtowym w Antwerpii, gdzie i my płyniemy. Żegna się z nami i zapowiada, że zaczeka na nas w porcie.
Antwerpia
Wypływamy z Holandii (25.08.). Granica to krótki pomost betonowy z kontenerowym budynkiem granicznym i flagą. Jak zwykle zatrzymujemy się, budząc zdziwienie służby granicznej i przekazujemy karty informacyjne o naszej wyprawie. Po południu docieramy do Antwerpii. Choć już zaczyna się odpływ, który dociera aż tu na rzece Skalda, wrota do basenu jachtowego są otwarte a na nasypie czeka na nas znajomy Belg z grupą osób. Przy kei czeka już na nas grupa żeglarzy i pomagają przy cumowaniu. Wszyscy są wdzięczni za okazaną pomoc ich koledze. Obsypują nas prezentami, a komendant jachtklubu zaprasza nas na trzydniowy pobyt w ich porcie za darmo. Miasto po drugiej stronie rzeki. Aby dostać się, musimy skorzystać ze specyficznego przejścia podziemnego. Windą zjeżdżamy pod ziemię, tunelem przechodzimy pod korytem rzeki i drugą windą wyjeżdżamy na bulwar nabrzeżny. W północnej części miasta potężny port przeładunkowy, widoczne dźwigi portowe i suwnice. Nad miastem góruje 123 metrowa, gotycka wieża. Największego i najważniejszego kościoła Belgii. Wewnątrz malarstwo Rubensa. W rynku ratusz i kamieniczki łączące elementy włoskiego renesansu z flamandzkim gotykiem. W południowej części starego miasta zamek Steen, którego budowę ukończono w XVI wieku.
Inaczej odbieramy Belgię. Już mniej tej nowoczesności i „ordungu” holenderskiego, a więcej wysublimowanej sztuki i tradycji. W wędrówkach po mieście przypadkowo napotykamy dziewczynę z Lublina, która idzie do Domu Polskiego. Postanowiliśmy też tam zajrzeć. Przy małej uliczce prywatny dom z witryną, za którą wystawione liczne pamiątki z Polski. Przywitała nas pani Włada Majewska, która od 30 lat prowadzi klub polsko-flamandzki „WATRA”, a pochodzi spod Grybowa. Jest też tłumaczem przysięgłym i pomaga Polakom w ich sprawach w Antwerpii. W Polsce występowała w zespole ‘Mazowsze”.
Bruksela
Po trzech dniach pobytu, żegnamy Antwerpię i płyniemy Kanal de Willebroek w kierunku Brukseli (28.08.). Przed pierwszym mostem drogowym, który jest podnoszony do góry suwnicą bramową, musimy zapłacić za przejście kanałami Belgii. Jest to jednorazowa, dość wysoka opłata. W drodze staramy się tak płynąć, aby przechodzić pod mostami za barkami. Wieczorem docieramy do Brukseli. Zachodzimy do Królewskiego Jachtklubu. Dla naszego „Deymosa” to już ostatni port. Po zgłoszeniu swego przybycia w kapitanacie jachtowym, wszyscy korzystamy z łazienek, które jak przystało na nazwę, są wykonane po królewsku. Nawet u naszych nowobogackich rzadkością. Z kolei sam port nie jest rewelacją. Po drugiej stronie kanału fabryka- spalarnia śmieci. W różnych kolorach budynek i komin z którego nie widać dymu a po estakadowym podjeździe co chwilę do hali wjeżdża kolejna śmieciarka. Całą załogą poszliśmy do Polskiej Misji Katolickiej, gdzie pomogliśmy przy budowie salki parafialnej. Pomagaliśmy sześciu murarzom i tynkarzom z Polski. Po ośmiu godzinach widać było efekt naszej pomocy. Ksiądz zaprosił nas na obiad. Po południu spacer po okolicy. Po tej stronie kanału ciągnął się mur z drutem kolczastym, który był pod napięciem.Jak się okazało jest to teren królewskiej posiadłości.
W drugim dniu pobytu (29.08.) załoga „Deymosa” pojechała z przedstawicielem miasta i skautów belgijskich na zwiedzanie miasta. Obwiózł nas po całym mieście. Pokazał siedzibę władz parlamentarnych, Unii Europejskiej, poczym na dłużej zatrzymaliśmy się na dawnych terenach Expo koło Atomium. Centrum kulturalne mieści w swoim wnętrzu Multikino z kilkoma salami kinowymi. Na seanse czekało bardzo dużo wycieczek. Myśmy poszli zwiedzić Europę w miniaturze. Na dużym terenie ciekawsze budowle europejskie. Jest tam Pałac Buckingham z gwardią, katedra Bridge, Pałac króla Szwecji, Danii, Hiszpanii, wieża Eiffla, katedra Notre Dame oraz wiele innych ciekawostek z Europy. Pod wieczór zatrzymaliśmy się w centrum i zwiedzamy rynek – Grande Place. Oczywiście musieliśmy dotknąć siusiającego chłopczyka – to fontanna z figurką Manneken-Pis. Kamienice, domy cechowe, gotycki ratusz, odrestaurowane i pokryte złotą folią lśniły ciepłymi barwami od świateł zabytkowych latarni. Gdy zbliżyła się godzina 20-ta, rynek wypełnił się szczelnie turystami z Europy. Rozpoczął się pokaz światło-muzyka z opowieścią o historii i zdarzeniach każdego budynku. Jaskrawe światło wyzwalało taki odblask od złoconej elewacji, że budynki zdawały się być całe wykonane ze złota. Niebiesko-różowa gra światła potęgowała wielkość kryształowych okien i potęgę kamiennych kolumn i portali. Godzinny program pozostawił niezapomniane wrażenie i na myśl przychodził Wawel, gdzie podobne efekty mogłyby podobnie, a może i lepiej działać na ludzką wyobraźnię. Szkoda, że jeszcze nikt o tym nie pomyślał. Został nam jeszcze jeden dzień na „szwendanie się” w różne kierunki ale głód ściągnął wszystkich z powrotem na jachty. Jeszcze odwiedziny skauta poznanego na Jambore’95 i szykowanie „Bi-Pi” do dalszej podróży przez Francję a my roztaklowujemy „Deymosa” przed wyciągnięciem z wody i powrotem do Tarnowa.
To już koniec wakacji i pogoda też się zaczyna psuć. Czas wracać do kraju.
Władysław Bożek


