Człowiek za burtą - lato 2008
SharePrzeczytaj również
- Przystanie mazurskie, cz. 6 - Ekomarina Giżycko
- Przystanie mazurskie, cz. 5 - PTTK Wilkasy
- Ubezpieczenia dla żeglarzy i motorowodniaków.
- Przystanie mazurskie, cz. 4 - Galindia
- Jak skutecznie ubezpieczyć jacht?
Tagi:
człowiek za burtą, wypadek, dobra praktyka żeglarska, morze, rejsy,
W lipcu 2008, średniej wielkości jacht żaglowy z 6 osobami na pokładzie wyszedł z portu w przy wietrze NW 4-5B. Akwen był osłonięty, więc fala nie była duża, lecz dość stroma i krótka. Załoga nie używała uprzęży asekuracyjnych, uznano bowiem, że ze względu na doświadczenie załogi nie jest to konieczne. Po postawieniu żagli (grot i genua zrolowana do 2/3 powierzchni) jacht halsował w rejonie toru wodnego ograniczonego po obu stronach mieliznami.
Kuk gotował obiad, dwuosobowa wachta prowadziła jacht, skiper nadzorował nawigację, dodatkowy obserwator przebywał na pokładzie. III oficer robiąc zdjęcia na rufie stracił równowagę, chwycił się flagsztoka, lecz razem z nim wypadł do wody. Ze względu na hałas wiatru i rozbijanych dziobem fal, wachta w pierwszej chwili nie zauważyła zniknięcia jednej osoby z pokładu. Dopiero krzyki III oficera zaalarmowały załogę. Jedna z osób rzuciła koło ratunkowe, niestety niecelnie.
Sternik nadal utrzymywał jacht na kursie. Skiper wychodząc z nawigacyjnej ujrzał człowieka około 30 merów za rufą, wydał komendę „Ster prawo na burt” i przejął ster. Jacht stanął w dryf powyżej rozbitka. Wyrzucono drugie koło ratunkowe. Zdryfowało ono z wiatrem w okolice człowieka, który zdołał je uchwycić. III oficer był dobrym pływakiem, ratownikiem WOPR, jednak w grubym ubraniu z trudnością utrzymywał się na wodzie, zalewany falami. Jak sam później stwierdził koło ratunkowe pozwalało wydostać się nieco wyżej z wody i nie krztusić się.
Widocznym było, że jacht nie zdryfuje na człowieka, lecz zaczyna się od niego oddalać. Skiper przełożył ster na prawo, jacht odpadł do baksztagu bez luzowania grota. Kontynuując naturalną cyrkulację wykonał zwrot przez rufę i wyostrzył do bajdewindu. Manewr nie był precyzyjny i po zatrzymaniu jachtu człowiek znalazł się około 3 metry po nawietrznej burcie. Dwie pierwsze próby rzucenia liny pod wiatr były nieskuteczne. Dopiero gdy skiper porządnie sklarował cumę i celnie rzucił, rozbitek ją uchwycił. Trzy osoby wciągnęły III oficera na pokład. Pomimo kąpieli w zimnej wodzie, rozbitek był sprawny i skutecznie pomagał w wydostaniu go z wody. W następnej kolejności, kilkoma klasycznymi manewrami wyłowiono koła i flagsztok.
Kilka wniosków, które nasuwają się po tym zdarzeniu:
Podczas pracy a pokładzie lub innych czynności absorbujących uwagę, dość łatwo stracić równowagę. Szelki asekuracyjne powinny być używane nawet przy niezbyt trudnych warunkach i dużym doświadczeniu załogi.
Oficer wachtowy powinien nieustannie sprawdzać ilość osób na pokładzie i miejsce ich przebywania. Robić to niejako w tle innych czynności nawigacyjnych.
Rozbitek wszelkimi sposobami powinien zwrócić na siebie uwagę, nigdy nie ma pewności, że jego zniknięcie zostało zauważone przez pozostałych członków załogi.
Nawet dobry pływak ma kłopoty w utrzymaniu się na powierzchni wody w butach i w sztormiaku. Pneumatyczna kamizelka bardzo zwiększa szanse przeżycia podczas oczekiwania na pomoc.
Po wypadnięciu człowieka za burtę sternik powinien niezwłocznie wyłożyć ster na burtę nawietrzną, w celu wejścia w kąt martwy i zatrzymania jachtu. Jacht w ciągu każdej sekundy pokonuje drogę 2-3 metrów. Jeśli utrzymujemy jacht na dotychczasowym kursie, po 10-15 sekundach człowiek znajduje kilkadziesiąt metrów za rufą.
Warto przeszkolić załogę w skutecznym rzucaniu liną, jednakże w sytuacji stresowej nawet doświadczeni żeglarze popełniają błędy.
© K.B. 2008


