Dobre Łodzie, cz.2
SharePrzeczytaj również
- Dni otwarte Nautica 450 i D-One – Poznań i Warszawa
- International Moth – „ćma” nad wodą
- Dobre Łodzie, cz.1
- s/y Roztocze
- s/y Berg
Tagi:
instant boats, stick and glue boats, łodzie błyskawiczne, łodzie ze sklejki, budowa łodzi, konstrukcje łodzi, jak zbudować łódź,
Poniższy tekst jest tłumaczeniem relacji Wojtka Bagińskiego opublikowanej w Duckworks Magazine.
------------------------------------
"Łódź błyskawiczna" (z angielskiego "an instant boat") to łódź budowana bez użycia ławy montażowej. Nabiera właściwego kształtu poprzez zwykły proces łączenia paneli sklejki - będących wykrojami burt i dna - ze sobą. Dzięki zastosowaniu tej metody do budowy łodzi nie jest potrzebny wyspecjalizowany warsztat szkutniczy. Wystarczy grupa kilku osób zdecydowanych osiągnąć swój cel - choćby na ulicy. Właśnie przygoda taka przydarzyła mi się ostatniego lata.
Ale od początku. Minionej zimy grupa przyjaciół założyła Fundację "Na Dobre". Wieś Dobre jest położona na terenie wciąż nieodkrytym przez masową turystykę, gdzie ludzie uprawiają chmiel i maliny (i oczywiście nie zwracają uwagi na rzekę, dopóki nie wystąpi z brzegów, co niestety zdarzyło się latem 2010 roku). Zostałem zaproszony do Rady Fundacji, głównie z uwagi na moje zainteresowania projektami Jima Michalaka, amerykańskiego konstruktora małych łódek, który osiągnął perfekcję w konstruowaniu "instant boats". Z przyjemnością przyjąłem zaproszenie, widząc w nim szansę na podzielenie się z innymi doświadczeniem i frajdą z budowy łódek. Postanowiłem poprowadzić zajęcia z budowy łodzi by zainteresować miejscowe dzieciaki pływaniem po okolicznych rzekach i rzeczkach. Taka forma aktywności jest też dobrym sposobem na przyciągnięcie turystów z miasta i zaproponowanie im zajęcia, które nie ingeruje przesadnie w lokalne środowisko - a to także jeden z celów Fundacji.
Zacząłem od wyboru łodzi, rozpisałem kalendarz i zaplanowałem budżet. Z uwagi na wcześniejsze doświadczenie z projektami Jima Michalaka także i tym razem zdecydowałem się na jego konstrukcje. Do uczestniczenia w warsztatach zaprosiliśmy wszystkich. Chcieliśmy przyciągnąć nawet rodziny z dziećmi, zaproponować cykl wieczornych wykładów i spędzić 9 interesujących dni budując łodzie.
Koniec końców w projekt zaangażowało się 3 młodych mężczyzn, więc zdecydowałem się zmienić formułę warsztatów i sprawdzić jak szybko można zbudować taką łódź, zaczynając dosłownie od zera. Dodatkowo, dzięki skróceniu warsztatów zyskałem kilka dni na przygotowania do Rajdu Finlandii 2009, do którego się przygotowywałem - dzięki temu idealnie wykorzystałem letni urlop.
Dobrą wiadomością było to, że po skończonej pracy mogliśmy zostawiać łodzie tam, gdzie pracowaliśmy. Wydaje mi się, że brak miejsca do przechowywania łodzi jest jednym z głównych powodów powstrzymujących osoby mieszkające w miastach przed budową własnej łodzi. Dzięki Fundacji dysponujemy miejscem do trzymania łodzi, względnie blisko od ośrodków miejskich, a jednocześnie tuż przy pięknych terenach do pływania.
Z uwagi na nazwę Fundacji i związek ze wsią Dobre, konsekwentnie także ten projekt postanowiłem nazwać "Budujemy DOBRE ŁODZIE".
Budowa odbywała się we wsi Żmijowiska, leżącej blisko Dobrego - do swojej dyspozycji mieliśmy remizę udostępnioną przez Ochotniczą Straż Pożarną. Mogliśmy wykorzystać zarówno dużą przestrzeń samej remizy jak i przyległy garaż. Tuż obok mieścił się sklep, więc nasza praca, której część odbywała się wprost na ulicy, była przedmiotem zainteresowania okolicznych mieszkańców.
Ostatecznie swoją łódź postanowili zbudować Tomek, Jacek i Kamil. Tomek i Jacek budowali własne łodzie, Kamil składał łódź dla Fundacji. Oczywiście każdy kto był zainteresowany mógł się przypatrywać, pomagać, dotykać, rozmawiać, itd. Każdy z chłopaków musiał na własny rachunek zaopatrzyć się w kamizelkę ratunkową, parę wioseł i 5m liny cumowniczej. Fundacja przeznaczyła po
600 zł na materiały do budowy każdej łodzi. Jako narzędzia służyły przywiezione 2 piły ręczne, 2 elektryczne wkrętaki i piła stołowa.
Chłopaki postanowili zbudować 2 Roboty (Tomek i Jacek) i Pirogę (Kamil). Ja także zdecydowałem się na Pirogę. Jeszcze w Warszawie kupiliśmy 10 płyt sklejki, 100 metrów sosnowych listew, 6 kg kleju epoksydowego, taśmę, śruby, ściski stolarskie i w piątkowe popołudnie wyruszyliśmy z Tomkiem do Żmijowisk. Zabraliśmy ze sobą także moją, zbudowaną przed dwoma laty łódź typu Robote.
W sobotę rano dołączył do nas Jacek i zaczęliśmy pracę. Relacja Fotograficzna dostępna jest na Flickerze.
W trakcie budowy musieliśmy zmierzyć się z dwoma istotnymi problemami. Po pierwsze, zabrakło nam ścisków. 80 sztuk było cały czas w użyciu. Ponieważ Roboty były budowane przez przyszłych właścicieli - miały pierwszeństwo. W dalszej kolejności koncentrowaliśmy się na łodzi Kamila, zaś moją jednostkę zostawiliśmy na koniec. Zabrakło już czasu na impregnowanie i tym razem jeszcze nie dotknęła wody.
Zabrakło nam także kleju epoksydowego, co wymusiło wycieczkę do Warszawy (120 km) w celu uzupełnienia zapasów. Kleju zabrakło z prozaicznego powodu - twardniał bardzo szybko i nie wprawieni jeszcze szkutnicy potrzebowali większych dawek. Ponieważ nie mieliśmy limitu godzin, wieczorami staraliśmy się korzystać z ostatnich promieni słońca i wynosiliśmy powstające kadłuby na zewnątrz, i pracowaliśmy już na ulicy.
Dobrym pomysłem było przywiezienie mojej zbudowanej łódki. Dzięki temu chłopaki mogli od razu sprawdzać jaka część gdzie pasuje, jak jest zamocowana, itp. Koniec końców okazało się że za 600 zł można zbudować zupełnie dobrą łódź sklejkową. Kamizelka ratunkowa, lina i komplet gotowych wioseł to wydatek kolejnych kilkuset złotych.
Pracę skończyliśmy w czwartek o 1 w nocy. Zostawiliśmy jeszcze mokre od lakieru łodzie pod opieką Kamila i wróciliśmy do Warszawy. W sobotę chłopcy byli już z powrotem na miejscu i zwodowali łodzie.
Ta część projektu odbyła się już beze mnie. Po krótkim wykładzie z locji, zasad bezpieczeństwa na wodzie i prac bosmańskich świeżo upieczeni armatorzy byli gotowi do krótkiego rejsu. Następnie pod okiem doświadczonego instruktora, Pawła Tiunina, rozpoczęli rejs na rzece Chodelce, później wpłynęli na szeroką Wisłę i po 15 km przycumowali w Kazimierzu. Oglądając zdjęcia odnoszę wrażenie, że był to bardzo przyjemny dzień.


